2017-06 Wiosenny Rajd do Pawełek

W tym roku po raz pierwszy wybraliśmy się większą grupą…

2016-08 Pokaz wody i ognia w Nysie

Dziś pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, za kilka godzin przyjadą…

2016-07 Orle Gniazda Green Ways

2016-07-02 dzień 1 sobota Odcinek Opole Olsztyn Wyruszamy w 3…

2016-07-02:15 Letnia wyprawa doliną Dunaju

W tym roku postanowiliśmy by w lecie zorganizować zagraniczną wycieczkę…

2016-05 Majowy weekend w Jesenikach

Tym razem, ze względu na krótki czas po mojej operacji,…

Rajd u Rudiego 3-5.06. 2016 Wyróżniony

Spis treści


3.06.2016  piątek o godz.16 00spotkaliśmy się na opolskim dworcu –, Czesiek P. i Radek, Piotrek, Sergiej, Jacek i Ewa, ruszyliśmy pociągiem do Raciborza. Pan Tadeusz  i Grzesiu R. wyjechali już po 10 rano z Opola na rowerach, każdy z osobna i własnymi drogami. Sławek i Marzena też pojechali już rano ale  samochodem z rowerami na dachu do Chlebicowa,  potem przesiedli się na rowery i pokrecili trochę po Opawie - a my spotkaliśmy ich  na kolacji u Rudolfa. Nasza szóstka po opuszczeniu pociągu i spotkaniu z Tadeuszem, który na nas czekał pod dworcem, udała się bocznymi drogami w kierunku Opawy.

Pogoda była piękna, humory nam dopisywały , więc asfalcikiem przez Studzienną, Krzanowice, Kobiernice, Krawarze i Velkie Hostice pognaliśmy do Chlebowic, gdzie czekał na nas Rudolf z  pozostałymi uczestnikami rajdu i kolacją. Tradycyjnie były to knedliki z gulaszem, do tego piwo, wino i kawa dla tych co piwa/ ku zdziwieniu Czechów/ nie piją. Po kolacji udaliśmy się na miejsce noclegowe - chłopaki do szkoły, a my z Marzeną do Kulturnego Domu, razem z rodzinką z Tarnowskich Gór, która tak jak my corocznie przyjeżdża na rajd do Rudiego-w miedzyczasie ich synek urósł tak, że przeskoczył  tatusia i mamusię. Godzina była jeszcze zbyt młoda by kłaść sie spać, więc poszliśmy zobaczyć jak bawią się zlocie motocyklistów, który był nieopodal. Bawili sie nieźle, więc się przyłączyliśmy, potańczyliśmy troche, posłuchaliśmy muzyki i ryku motorów, podczas konkursu "palenia gum", no i nawdychaliśmy się trochę spalin gratis. Po północy wróciliśmy pocichutku na miejsce wypoczynku, by nie budzić tych co już spali.

 


Pobudka wcześnie rano, bo wyjazd o godz. 8-ej. Każdy zjadł śniadanko, ogarnął się trochę i w drogę, przez Velkie Hostnice, Kravaze, ścieżkami rowerowymi. Wyruszyło nas 26 osób w tym 10  z naszego klubu. Było pięknie dopóki Rudi nie zafundował nam wjazdu pod górkę, po leśnej drodze pełnej korzeni , zeschłych liści i kamieni, na których Sergiej złapal pierwszą "gumę". Jechać się nie dało, więc wszyscy pchali rowery pod górkę. Potem Sergiej zmieniał dętkę, a my podziwialiśmy piękne widoki na całą okolicę z Englisovej Vihlidki. Stamtad pojechaliśmy do miejscowości Hrabine by zwiedzić Slezkie Muzeum Zemskie poświęcone czasom II wojny światowej. Obejrzeliśmy trochę czołgów i dział, pomnik bohaterów przed gmachem muzeum, potem eksponaty z czasów wojny i ekspozycje przestrzenne obrazujące pola bitew. O dreszcze przyprawiły nas szklane urny z ziemią z obozów zagłady i marmurowe tabliczki z nazwiskami ofiar i poległych w działaniach wojennych. Po objedzie ruszyliśmy dalej drogą przez las, gdzie spotkaliśmy utytłanych w błocie wieloboistów, którzy rozgrywali tam swoje zawody w przedziwnych i morderczych konkurencjach np. chodzenia i wspinania się po linach, bieg z kłodą  drewna po nasłonecznionym placu itp. Przez chwile baliśmy sie, że Ruda też nas przez takie błoto chce przepuscić, ale na szczeście zafundował nam tylko morderczy i długi podjazd na Horni Lhotu, ostry zjazd i podjazd do Kyjovic. Znuv ostry zjazd i spokojnie drogą przez las do pensjonatu nad Setiną. Tu mieliśmy zjeść objad, ale że byliśmy 1,5 h za wcześnie to zalegliśmy gdzie kto chciał, by troche odpocząć. Było upalnie, więc brodziliśmy w strumyku, co wkrótce przeobraziło się w bitwę wodną, najpierw ja i Marzena, urządziłyśmy konkurs na "Miss mokrego trićka", a potem przyszła kolej na Jacka i Sergieja- wszystko opstrykaliśmy naszymi aparatami ku pamięci. Wcześniej Jacuś uatrakcyjnił moment przysiegi pary młodej, która ślubowała nieopodal, wrzeszcząc podczas kontaktu z zimną wodą. Po objadzie ruszyliśmy ostro pod górkę do Vyškovic na punkt Okrouhlík jakieś 470 m n.p.m. a potem zjazd i drugi jeszcze gorszy podjazd na 12 % pochylenia.  Wiekszość się poddała i pchała rowerki pod górę, wjechał tylko Rudi, jego syn i Jaro, a z naszej grupy ja – wolałam paść niż zejść z roweru. Za to zjazd był potem dlugiiii i prosto do Farmera-, czyli pana Dostala z miejscowości Hlubocec – człowieka, który objechał kulę ziemską na rowerze. Rozpiął mapę na drzwiach stodoły i bardzo ciekawie opowiadał nam o swoich rowerowych przygodach. Pierwszą podróż odbył już w latach 80-tych z Czech do Barcelony, drugą przez całą Amerykę Północną, trzecią przez Australię. Potem, gdy był już troche rozpoznawalny to znalazł sponsora i w latach 1993-97 okrążył rowerem caly świat, przeżywając wiele ciekawych przygód i kłopotów, o których potrafi opowiadać godzinami- niestety my tyle czasu nie mieliśmy, ale wszyscy zazdrościli mu spełnienia marzeń każdego rowerzysty. Spod domu Farmera było juz tylko z górki, więc pognaliśmy z prędkością światła do Opawy na zakupy, a część grupy prosto do Chlebicowa. Po powrocie i kolacji, mieliśmy małe spotkanie integracyjne w Kulturnym Domu, a potem nie chciało nam się jeszcze spać, więc poszliśmy na dyskotekę i koncert rockowy do motocyklistów, gdzie hulaliśmy do pierwszej w nocy.


O 9-tej pojechaliśmy zwiedzać zamek w Kravaze. Ruda poprowadził nas kamienistą cykloscieżką, cześć z nas pojechała przez pole buraczane, a Sergiej znowu "złapał gume", gdy on zmieniał dętke Rudi i Sławek pouczali parę Czechów, którzy przywieźli autem eko- śmieci i chcieli je zutylizować w pobliskim rowie. Na szczeście obeszło się bez większej awantury-, bo Czesi to karny i spokojny naród- pokornie przyjęli reprymendę, przeprosili i odjechali. My też, bo spieszyliśmy się na zwiedzanie zamku. Niestety nie wszyscy dojechali booo tym razem rodzinka ze Śląska "złapała gumę", próbowali łatać, ale okazało się, że dziur jest kilka, więc tatuś pojechał po auto i zholował rower, gdy my już zwiedzaliśmy zamek. Bardzo duży i ładny zresztą, dobrze odrestaurowany, bo z pierwowzoru to zachowała się tylko marmurowa kaplica. Było kilka ciekawych ekspozycji z życia bogatszych i biedniejszych ludzi z tamtych okolic, pamiątki po rodzinie Eichendorffów, którzy jakiś czas mieli pałac w posiadaniu, oraz sala poświeconą polskiemu alhemikowi, który też jakiś czas był włascicielem zamku i jak legenda głosi zamienił tam rtęć w złoto i odlał z niego 8 złotych kaczek, 4 odkopała jakaś niecierpliwa hrabina, ale reszta podobno gdzieś tam jeszcze jest. Nie mielismy czasu ani sprzętu by to sprawdzać, bo musieliśmy wracać do domu, a prowadzić miał Jacek, co jak zawsze jest pełne niespodzianek i niespotykanych zwrotów akcji. Tak też było i tym razem, miał, co prawda przygotowana trasę na swoim cudownym endo-błądo, ale ją zmodyfikował, booo się dowiedział ze w kierunku Krnova biegnie piękna cyklościeżka przez Opavę. Problem był tylko w tym jak trafić na tę 55-tkę, Rudi mu tłumaczył, ale Jacek jak to Jacek, wie swoje iiii pobłąkalismy się ze 3 x na samym początku przy wyjeździe z parku. Na szczęście dogoniliśmy Rudiego, Sławka, Marzenę i Czeska/ oni chcieli się pokrecić trochę po okolicy i wracać do domu autem. Po obopólnej radości z "niespodziewanego spotkania" Rudi zlitował się i wyprowadził nas na prostą i już bez problemu dotarliśmy do Opavy, potem dalej, aż do Dzierżgowic, gdzie wjechaliśmy na polska stronę. Tu okazało się, że mi się posypały hamulce na tych kamienistych zjazdach i chłopaki musieli podokręcać śrubki i sprężynki, bo klocki nie odbijały i tarły po rafce. Po szybkiej naprawie, paru społecznych fotkach pod granicznymi tablicami ruszyliśmy w stronę Branic, paskudną piaszczysto- kamienistą-błotnistą drogą, którą poleciła nam spotkana po drodze kobieta/ gorsza od Jackowego endo-błado/ mówiąc, że będziemy jej jeszcze za to dziękować. Na szczeście nie była długa i wypadliśmy na asfalt po kilku kilometrach. W Branicach obejrzeliśmy pałac, kościół, zjedliśmy kanapki, lody i pojechaliśmy główną drogą na Głubczyce. Jacuś próbował namówić nas na szukanie szlaku, ale się nie daliśmy i o 15.30 Wylądowaliśmy na głubczyckim rynku. Tam spotkalismy Czecha, który też złapał gumę i nie miał zapasowej dętki, więc użyczyliśmy mu kleju, by załatał tą, co miał. I tu nastąpił, podzial grupy. Jacek, Piotrek, Grześ, Radek i Tadziu poszli na obiad, a potem pojechali okrężną drogą przez piękny głubczycki las podziwiać przygraniczne widoki/ nie omieszkali wstapić jeszcze po piwo do Osoblahy/ potem przez Mochów, Łowkowice, Strzeleczki lasami na Prószków i Opole. Ja pojechałam z Sergiejem najkrótszą drogą przez Głogówek, gdzie zatrzymaliśmy się na chwile, by obejrzeć pałac Opensdorffów, park i kwitnący tulipanowiec. Nie omieszkaliśmy też zobaczyć głównej atrakcji Głogówka – repliki kaplicy loretańskiej i grobu Chrystusa. Droga też była nieźle pofałdowana, więc pięknych widoków nam nie zabrakło i tak dotarliśmy do Krapkowic, tu boczkiem polną drogą i dawny most kolejowy przeprawiliśmy się przez Odrę do Otmętu i przez Przywory i Groszowice dotarliśmy do Opola okolo 20- tej do Opola robiąc w tym dniu 122 km / ekipa Jacka, 130 – ale byli o 22-ej, a samochodowa ekipa Sławka była tuż przed nami/. Ogółem na rajdzie zrobiliśmy 222 km przez 3 dni.

Kilka słów o powrocie mojej ekipy ( Jacek ). Jadąć od polskiej granicy częściowo poruszaliśmy się niebieskim szlakiem. Szlak jest bardzo słabo oznaczony - pojedyncze znaczki w większych miejscowościach. Po rozstaniu z Ewą i Siergiejem odbiliśmy w lewo skrajem głubczyckiego lasu w kierunku Pomorzowiczek. Droga była w miarę płaska, jechaliśmy aleją dębową, po lewej mieliśmy ciągle piękny widok na góry. Las wygląda na łądnie zagospodarowany, dużo asfaltowych dróg ( w jędną wjechaliśmy i w środku lasu napotkaliśmy przyrządy gimnastyczne ). W Pomorzowiczkach okazało się , że do Osoblahy tylko 1 km, ruszyliśmy ponownie na Czechy  na ostatnie zakupy, okazało się , że tych km było ze 3 w jedną stronę i to na dodatek mocno górzyste. Potem pojechaliśmy na Mochów, Łowkowice ( wiatrak ) i Strzeleczki, gdzie oddzielił się Grzesiek, my przez las pojechaliśmy do Prószkowa i tam uciekli Radek i Piotrek. A ja razem z Tadeuszem dotarłem do Opola kilka minut przed 10 .

Ostatnio zmieniany piątek, 10 czerwiec 2016 21:05

Kalendarz

Odwiedzający

Odwiedza nas 524 gości oraz 0 użytkowników.

Początek strony

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą polityką prywatności.

Zgadzam się na używanie plików cookies na tej stronie