2017-06 Wiosenny Rajd do Pawełek

W tym roku po raz pierwszy wybraliśmy się większą grupą…

2016-08 Pokaz wody i ognia w Nysie

Dziś pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, za kilka godzin przyjadą…

2016-07 Orle Gniazda Green Ways

2016-07-02 dzień 1 sobota Odcinek Opole Olsztyn Wyruszamy w 3…

2016-07-02:15 Letnia wyprawa doliną Dunaju

W tym roku postanowiliśmy by w lecie zorganizować zagraniczną wycieczkę…

2016-05 Majowy weekend w Jesenikach

Tym razem, ze względu na krótki czas po mojej operacji,…

2016-07-02:15 Letnia wyprawa doliną Dunaju Wyróżniony

Spis treści

W tym roku postanowiliśmy by w lecie zorganizować zagraniczną wycieczkę rowerową, na którą Kazimierz namawiał nas od kilku , zachwycony Budapesztem i relacjami internautów ze ścieżek rowerowych ciągnących się wzdłuż brzegów Dunaju. Przygotowania trwały pół roku, wielkim problemem było przedostanie się przez Czechy, bo to górzysty teren, trochę czasu to zabiera, a nie wszyscy mają wakacje tak jak ja. Początkowo mieliśmy zamiar wynająć busa, ale wyszło by nam za drogo na trzy osoby/ bo tyle zgłosiło chęć wyjazdu/ potem myśleliśmy o pociągu, ale trudno było znaleźć sensowne połączenie i nie każdy pociąg zabiera rowery. W końcu namówiliśmy Sławka by/ za stosowną opłatą/ przewiózł nas przez Czechy pod niemiecką granicę z rowerami na dachu. Kazimierz wynalazł w internecie romantyczne pole namiotowe o wdzięcznej nazwie Lenora nad brzegami Wełtawy, blisko niemieckiej granicy iiii drugiego lipca 2016 roku zaczeła się nasza przygoda.

1. dzień 2.07.2016 sobota

Rano o godzinie 7.30 zjechaliśmy się pod domem Sławka - Janusz O., Kazimierz P. i Ewa T.,by zapakować bagaże do auta, a rowery na dach i po 8.15 ruszyliśmy w drogę. Trasa wiodła z Opola, przez Nysę, Kłodzko, Kudowę, Hradec Kralowe, Pragę, w góry na camping w okolicach Szumowego mostu, którego zresztą nie mogliśmy znaleźć/ a podobno wyjątkowy/. Humory nam dopisywały, całą drogę świeciło piękne słońce, a im bliżej gór tym ciemniejsze chmury. Bez problemu znaleźmy camping, ale że recjepcja była czynna od 18-tej to poszliśmy coś zjeść do pobliskiej restauracji. Chłopaki zamówili knedliki z gulaszem, a ja smażeny syr z hranulkami. Posiliwszy się troszeczkę wróciliśmy na pole iiii tu przykra niespodzianka- zaczeło padać. Ja nie cierpię deszczu, namiotów jeszcze bardziej, a podwójna kulminacja doprowadziła mnie do rozpaczy. Niestety żadnych wolnych miejsc pod dachem nie było, za wyjątkiem wiaty w pobliżu torów kolejowych, ale wyglądała mało zachęcająco. Ulitował się nade mną Sławek i przygarnął mnie do auta, tyle że miejsca tam za dużo nie było jak rozłożył swój materac. Pozostała mi wąska szczelina, którą musiałam wypełnić swoimi bagażami i torbą ze słoikami Sławka. Na to rzuciłam swój cienki materacyk i tak oto przemęczyłam pierwszą noc na słoikach flaków i bigosu, obracając się z boku na bok, bijąc się z myślami, czy aby nie zabrać się ze Sławkiem z powrotem do domu. Przerażała mnie jazda w deszczu, spanie pod namiotami i zachwyt Kazia nad romantycznością pól namiotowych. To czeskie zresztą było wyjątkowe, bez żadnych łazienek, pryszniców, woda w rzeczce i studni, ubikacje koszmarne/ dziura z drewnianą pokrywką, którą weseli Czesi napisali by zamykać/, ale drzwi do tego przybytku to sie już nie zamykały bo haczyki były krzywe. Opłaty za pole pasowały do tych warunków – ze 30 koron plus pare za auto.


Rano było jeszcze gorzej, deszcz padał dalej, było mi okropnie zimno, Sławek zerwał się skoro świt, a widząc moją desperację, po śniadaniu szybko odjechał, a ja żegnałam go ze łzami w oczach. Janusz i Kazik poskładali mokre namioty i o 8-ej godzinie ruszyliśmy ostro pod górkę w stronę miejscowości Czeskie Żleby. Humor mi się nieco poprawił bo wyszło słońce, a deszcz przestał padać. Widoki były piękne, ale podjazdy bardzo strome i czasami musieliśmy jechać zygzakiem. Wynagradzały nam to zjazdy z prędkością 50 km/h. Czeskie Żleby słuszną miały nazwę bo zbocza gór poprzecinane były kamiennymi żlebami. I tak jechaliśmy do przodu góra, dół, podziwiając okolice do ostatniej miejscowości w Czechach - Strażny. Granicę przekroczyliśmy w miejscowości Philippssent już po niemieckiej stronie, wjeżdżając w Bawarski Las- ichniejszy park narodowy. Tam dopiero zaczęły się widoki, cudne góry, strome podjazdy i zjazdy po 7 km. W okolicach Lindau okolica zaczeła się wypłaszczać, wjechaliśmy na wysoki most, w dole i na zboczach rosły ogromne świerki. Janusz po drodze zgubił flagę, Kazimierz czekał na niego, a ja pojechałam dalej swoim tempem, zatrzymałam się w końcu na przystanku, bo długo ich nie było widać, aż się zaczełam martwić, że coś sie stało. A te głodomory po prostu zrobiły sobie przerwe śniadaniową. Gdy wreszcie nadjechali ruszyliśmy w dalej, a spokojna dotąd droga nr 12 stała się okropnie ruchliwa. Ale nie mieliśmy wyjścia i jechaliśmy dalej, bo wszystkie boczne drogi, które widzieliśmy w oddali, bardzo kluczyły i prowadziły pod górkę. Nagle pojawił się przed nami tunel, jechaliśmy z górki z dużą prędkością, objazdu nie było, więc przemknęliśmy z prędkością światła, a dopiero na wyjeździe Janusz powiedział nam, że tam był zakaz jazdy rowerami. Może i dobrze bo się mniej stresowaliśmy niż on. Im bliżej Passau tym ruch na 12 był większy, ale widok na samym wjeździe do miasta był niesamowity, przed nami na skale wyrósł ogromy zamek okolony kamiennymi murami. Wjechaliśmy na most na rzece Ilz, przeprawiliśmy się na drugą stronę i zobaczyłam na drogowskazie tabliczkę z napisem Jugendherdberge/Schronisko Młodzieżowe/. Ale droga szła tak ostro pod górkę, że nie dało się podjechać. Zapytany po drodze strażak powiedział nam, że jest tam faktycznie schronisko, jakieś 300 m w górę/ tu zaczeła się moja przygoda z j. niemieckim/. Z tego co zrozumiałam to na zakręcie w połowie drogi miałam skręcić w prawo, ale że było tak stromo, a nie wiedzieliśmy czy są miejsca i w jakiej cenie, to ja poszłam się pytać, a chłopaki zostali przy rowerach, podpychając je w międzyczasie kolejno pod górkę. Ja wędrowałam wg wskazówek strażaka, doszłam kilometr stromo pod górę, a zamiast do schroniska trafiłam do Jugend Haus, który był zamkniety na głucho. Zmordowana i zniechęcona wizją spania pod namiotem, zeszłam do chłopaków, którzy pokazali mi tabliczkę w lewo na zamek i schronisko. Powędrowałam dalej, za bramą zamkowa znalazłam schronisko i moim kalekim niemieckim zaczełam się dopytywać co i jak. Trwało to trochę długo, pani w okienku była niezbyt miła i nie ułatwiała mi zadania. Chłopaki w miedzyczasie dopchali rowery i zaczęły się konsultacje i negocjacje, bo nocleg kosztował 29,40 euro, a na dodatek trzeba było mieć kartę międzynarodowych schronisk. Miał ją tylko Janusz/ nieaktualną zresztą/, więc się problem sam rozwiązał. Ja gotowa byłam zapłacić każdą cenę za łóżko- chłopaki woleli pole namiotowe w dole nad rzeką. Jakoś dogadałam się w końcu z recepcjonistką, dostałam miejsce w 6-cio osobowym pokoju z piętrowymi łóżkami, ale był prysznic i łazienka, więc nic już więcej do szczęścia nie było mi potrzeba. Zostawiłam toboły i zjechaliśmy tą stromizną w dół szukać pola namiotowego. Było niedaleko ale dopiero o 18-tej można było się rejestrować, więc pojechaliśmy zwiedzać miasto. Passau jest przepiękne łączą się tam trzy rzeki - Dunaj, Ilz i Inn i widać to wyraźnie na cyplu, gdzie zajechaliśmy. Potem obejrzeliśmy 2 ogromne kościoły, biskupi pałac, ratusz i dziecięcą drogę- swoista ciekawostka. Wąska uliczka z malowanym szlaczkiem na bruku, a między kamieniczkami wysoko w górze zawieszone były zabawki,kręgle, pajace, lalki, niby pianino, itp. Nadwornym fotografem wyprawy był Janusz więc wszystko "focił", często zostając w tyle, co bywało przyczyną docinek i żartów z naszej strony. Zbliżała się 18-, więc pojechaliśmy na pole namiotowe, gdzie "załatwiłam" chłopakom miejsca za 9 euro, a że zaczeło kropić, z ulgą pomknełam pod górkę na moje pałacowe komnaty. Droga była tak stroma, że nawet na pustym rowerze nie mogłam podjechać i samym pchaniem się spociłam, a po raz drugi jak próbowałam się po niemiecku dowiedzieć gdzie mam schować rower. W końcu się udało, milsza pani mi pokazała i mogłam wreszcie odpocząć i wziać prysznic, naładować komórki/ moją i chłopaków/ i wskoczyć do łóżka. Nie przeszkadzało mi nawet, że powoli zaczęły się schodzić inne współlokatorki, a jedna z nich chrapała tak koszmarnie, że nasi panowie to przy niej cichutko mruczą. Jedna myśl mnie tylko prześladowała- jak ja rano zjadę tą stromą drogą z tobołami w dół. W sumie zrobiliśmy jakieś 70 km + 6 po mieście.


Ranek zaczął się bardzo przyjemnie, świeciło słońce, zjadłam pyszne śniadanko, które było w cenie noclegu/ szwedzki stół-czego chłopaki zazdrościli mi najbardziej/. Zjazd jak sie okazało wcale nie był taki straszny, byłam dzielna i dałam radę. Chwilę poczekałam na Kazia i Janusza i ruszyliśmy Donauradweg nr 1 – czyli dobrze oznakowaną ścieżką rowerową Euro velo lewym brzegiem wzdłuż Dunaju w stronę Linz, zatrzymując się co jakiś czas by zrobić pamiątkowe zdjęcia. To jest najpiękniejszy i najbardziej uczęszczany odcinek naddunajskiej trasy. W koło ogromne góry, na zboczach malowniczo położone wsie i miasteczka, a między nimi wije się Dunaj – ogromna, szeroko rozlana rzeka i jedzie się po prawie płaskiej ścieżce rowerowej, tuż przy jej brzegu. Wysoko na szczytach zamki, klasztory, których ja, ogromna ich miłośniczka, po doświadczeniach poprzedniego dnia, wcale nie miałam ochoty zdobywać, wolałam podziwiać je z dołu. Ruch na scieżce był ogromy, jechali starsi i młodsi, całe rodziny z małymi dziećmi, niektóre w specjalnych rowerowych wózeczkach/na polu namiotowym spotkaliśmy później Czechów nawet z niemowlakami/. Po Dunaju pływają statki wycieczkowe, które mają na stanie rowery, wypuszczają na nich swoich pasażerów w trasę, później gdzieś tam ich znów zabierają. Poznawaliśmy ich po jednakowych sakwach rowerowych. Ludzie się na trasie wciaż mijają pozdrawiają w różnych językach, szczególnie w Niemczech, poźniej już rzadziej nam się to zdarzało. W miejscowości Niederrana, przejechaliśmy mostem na prawy brzeg Dunaju, troche bardziej górzysty teren/ Kaziu zafundował nam oszczednościową wersje, zaoszczedziliśmy pare euro na promie/ ale musieliśmy się troche pomęczyć na wjazdach. W miejscowości Kajzerhof z widokiem na ogromy zamek/ na jeszcze wiekszej górze/ zrobiliśmy postój, zjedliśmy kanapki, próbowaliśmy nakarmić kaczkę, ale nie chciała polskiej rzodkiewki. W miasteczku Aschack zrobiliśmy zakupy w Sparze i znów przeskoczyliśmy mostem na drugą stronę Dunaju /wróciliśmy na lewą/, obejrzeliśmy elektrownię wodną, którą Janusz dokładnie opstrykał. Pojechaliśmy dalej, mijając po drodze niezły camping ale za daleko od Linz, więc szukaliśmy dalej. Wypadliśmy na rowerówkę dojazdową do miasta obok głównej drogi. Wąska, ruch ogromny, koszmarny hałas, ale jakoś dotarliśmy przez most wprost na rynek. Tu dopiero jest bonanza, każdy jedzie jak chce, wąska ścieżka rowerowa biegnie po obu stronach brukowanego ogromnego placu z kolumną maryjną pośrodku. W koło okazałe kamienice, zwiedzamy kilka kościołów. Ignatzkirche – jezuicki z misternie rzeźbionymi drewnianymi ławkami, stallami i amboną. Stadtpfarrerkirche – z oryginalną kaplicą chrzcielną i konfesjonałami oraz Marienhaus Linz ogromna gotycka katedra z kolumnami, dużym ołtarzem i organami. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze Landhaus – siedzibę władz Landu, też ładny budynek i ciekawe drzewo- Blauglockenbaum/ na którym rosły niebieskie dzwoneczki - zgodnie z nazwą/. Zmęczeni wielkomiejskim hałasem wracamy na ścieżkę rowerową i uciekamy do parku nad Dunajem, widzimy plażę nad jeziorkiem i camping, były miejsca, więc rozbijamy namiot i zostajemy. Jest upał, zamykamy rowery i do wody i to złagodziło nieco mój ból pierwszej niewygodnej i na twardym materacyku przespanej nocy w namiocie. No i cena 7,60 euro nie była zbyt wygórowana, a był prysznic i toalety, dostęp do prądu, więc ogólnie nie było źle/ deszcz nie padał/. W tym dniu zrobiliśmy ok 105 km.


Moja pierwsza noc pod namiotem nie należała do zbyt przyjemnych, twardo, ciasno, a jak się człowiek dotknie "dachu" to wilgotno od tego co sam nachuchał. Ale chłopakom to wcale nie przeszkadzało, wstali w świetnych humorach. Zjedliśmy śniadanko, spakowaliśmy namioty, wrzuciliśmy dobytek na rowery i w drogę. Na trasie spotkaliśmy dwóch rowerzystów z Knurowa, jechali wzdłuż Dunaju od jeziora Bodeńskiego przez Niemcy, Austrię, w planach mieli jeszcze Słowację, Węgry, Serbię i Mołdawię, aż po Morze Czarne. W ciągu dnia mijaliśmy się z nimi jeszcze kilka razy w zależności kto i kiedy robił sobie przystanek. Po drodze widzieliśmy kilka zamków, ale wszystkie na wysokich skałach, więc nikt z nas nie miał ochoty się na nie wdrapywać. Na trasie nie ma też za wiele sklepów, tylko małe i większe knajpki, na które nas nie za bardzo stać – jedliśmy to co można było kupić w supermarketach, albo jakieś kanapki, czasem drożdżówki, lody kupowaliśmy pakowane w kartonach po trzy bo taniej wychodzi. W miejscowości Grien droga się pogarsza, wąska i wchodzi na jezdnie jako pas awaryjny. W Melk widzimy kolejną elektrownie wodną, Januszek ją opstrykał, ale przez most na drugą strone nie przejeżdżaliśmy, chociaż nam było potem trochę żal bo piękny zamek było widać w oddali. Po drodze przejechaliśmy przez małe urokliwe miasteczko Aggsbach szukajac kempingu, który mieliśmy zaznaczony na mapie. No i po chwili znaleźliśmy, za knajpą na samym brzegu Dunaju z oznaczonym kąpieliskiem. Jakoś się tam dogadałam w sprawie noclegu, nie było drogo 17,60 euro za nas wszystkich, ale chcieliśmy się podłączyć do prądu. Kosztowało to zaledwie 1 euro, ale kaucji brali 40 za kluczyk i kabel i by ją odzyskać trzeba było rano wszystko oddać, a pani przychodziła dopiero o 9-tej. Dla nas to było trochę za późno, więc zrezygnowaliśmy. Były na szczeście toalety i prysznic z zimną wodą na środku pola namiaotowego. Prysznice z ciepłą wodą były typu - rzuć monetę i poczatkowo mieliśmy nawet zamiar z nich skorzystać. Ale mieliśmy obok Dunaj i była to nasza pierwsza kąpiel w tej rzece, więc mimo, że woda była lodowata nie mogliśmy sobie odpuścić. Za długo nie popływaliśmy bo nurt był wartki i baliśmy się by nas nie porwało, a woda była tak zimna, że po wyjściu, zimna woda z prysznica wydawała nam się ciepła. Obok nas na parkingu pełno było camperów, ale najbardziej zadziwili nas Czesi podróżujący samochodami z małymi dziećmi i niemowlakami. Spali w namiotach, gotowali na kuchenkach, mieli też rowery i wózeczki do nich doczepiane,maluchy pełzały na kocykach, a w nocy kilka razy obudził nas ich płacz. Nie było też łatwo zasnąć bo w knajpce też nieźle hałasowali. Mój samopompujący się materacyk był dość cienki i twardy, więc postanowiłam, że tej nocy podłożę sobie pod spód wszystkie ciuchy i bedzie lepiej, ale niestety, nie było, bo się wszystko poprzesuwało jak się wierciłam, ugniatało i znów miałam ciężką noc. W tym dniu zrobiliśmy 114 km.


Rano szybko się pozbieraliśmy i ruszyliśmy dalej naszą ścieżką do miejscowości Willendorf, dzięki informacjom Kazia znaleźliśmy muzeum , gdzie mieści się słynna figurka Wenus z Willendorf, znaleziona przypadkiem przy pracach remontowych jakiegoś domu. Niestety było za wcześnie i muzeum było zamknięte i mogliśmy tylko popatrzeć przez oszklone drzwi na niektóre eksponaty, ale słynnej Wenus nie widzieliśmy/ na pocieszenie dodam, że zbyt piękna to ona nie jest i mało przypomina boginię piękności/. Za to trasa Euro velo z 1 zmieniła się w 6 nawet nie zauważyliśmy kiedy i na tym odcinku była bardzo ciekawie poprowadzona, często zbaczała do małych wsi i miasteczek, by podziwiać ich urodę i schludność. Ulice były wąziutkie, czyste, gospodarstwa rolne schowane za murami i bramami, bez żadnego brudu, czy niemiłego zapachu. W jednym z miasteczek spróbowaliśmy wreszcie prawdziwego strudla z jabłkami. Jadąc dalej mijaliśmy winnice i sady morelowe. Widok był niesamowity, wysokie zbocza gór poprzecinane tarasowo sadzonymi krzewami winorośli, prowadziły do nich wąskie dróżki pnące sie serpentynami w górę. Po drodze obejrzeliśmy kościół św. Michała i cmentarz przyklejony do górskiego zbocza. W okolicach Krems góry znikają, przejechaliśmy mostem na drugą stronę Dunaju/ prawy brzeg/ i tak szeroką, płasko biegnącą ścieżką docieramy do Tulln. Zrobiliśmy sobie przerwę śniadaniową pod pomnikiem Nibelungów, potem obejrzeliśmy rynek, ratusz i klasztor i pojechaliśmy dalej do miejscowości Klosternburg. Z dala na górce widać było ogromny koścół i klasztor- siedzibę biskupów i ja uparłam się,że wypada w końcu gdzieś się wspiąć i coś zobaczyć. Trochę potu nas to kosztowało, ale było warto, zwiedziliśmy ogromny kompleks kościelny. Było już późne popołudnie, a my musieliśmy dotrzeć do Wiednia, bo tam czekała na nas moja koleżanka z kolacją i noclegiem w wygodnym łóżeczku. Pognaliśmy więc dalej, a problemy zaczęły się dopiero na przedmieściach Wiednia, ze znalezieniem właściwego adresu. Ja byłam ostanio u niej jakieś dziesięć lat temu i to autem, a nie rowerem, kompletnie nie pamietałam jak tam dojechać. Ona zresztą trochę błędnie mnie pokierowała na Milleniumtower. Wjeżdżająć do miasta widziałam drogowskaz na jej dzielnicę Floricdorf i kompleks różowych wieżowców, w których mieszka, ale jechalismy tak jak mówiła. Ludzie pytani po drodze kierowali nas raz w jedna raz w drugą stronę, zresztą z moim niemieckim to połowy nie rozumiałam, nawigacje oczywiście nie działały, choć Kaziu usilnie starł się złapać sygnał. W końcu dodzwoniłam się do koleżanki i mnie pokierowała na ten most na którym już ze 2x wczesniej sie kręciliśmy. Z ulgą zobaczyłam jej różowe domki i tam się udaliśmy,a gdybyśmy to zrobili od razu to bylibyśmy godzinę wcześniej. Ale koleżanka Bożenka przyjęła nas po staropolsku, zaprosiła na kolację, uraczyła winkiem, pozwoliła się wykąpać, zrobiła nam pranie i wysuszyła w suszarce, a potem zaprowadziła do marketu na zakupy. Chłopaki szybko zawineli się do spania bo poźno sie zrobiło, a ja w łóżku poplotkowałam jeszcze z Bożenką bo rok jej już nie widziałam. W tym dniu zrobiliśmy 120 km. A nocleg i wszystkie związane z nim przyjemności mieliśmy za darmo


Rano Bożenka wychodziła do pracy już po 6-tej nam się, aż tak nie spieszyło, spokojnie i w normalnych warunkach zjedliśmy śniadanie i około 8-mej wyruszyliśmy w trasę, a klucz od mieszkania wrzuciliśmy jej do skrzynki. Bez problemu znaleźliśmy naszą ścieżkę rowerową wzdłuż kanału i Donauinsel, zrobliliśmy parę zdjeć i w momencie jak zastanawialiśmy gdzie jechać dalej, przygodnie spotkany rowerzysta nam wytłumaczył, oczywiście po niemiecku. Cała ta podróż wciąż dostarczała mi okazji by doskonalić znajomość języka Goethego. Mineliśmy po drodze Orth a.d.Donau, potem Heidenburg- ostatnia miejscowość po austryjackiej stronie. Pokręciliśmy się trochę po starym mieście, potem małe zakupy w supermarkecie, Kaziu wybral takie lody, że po chwili już musiałam gnać kłusem w poszukiwniu toalety/ a chłopaki nieee, więc mieli powód by sobie ze mnie troche pożartować/. Po chwili mogliśmy ruszać dalej krętą ścieżką do Bratysaławy. Przekroczyliśmy następną granicę, tym razem Słowacji, którą Janusz dokładnie obfotografował, a przy okazji mieszkających w kontenerowcach emigrantów/ widzieliśmy już ich wcześniej przed Wiedniem też/. Do Bratysławy dostaliśmy się przez długi most nad Dunajem – wprost na stare miasto. Bratysława jest ogromnym i pięknym miastem, ale nie mieliśmy czasu ani ochoty by w tym upale je dokładnie zwiedzać. Obejrzeliśmy rynek, fontanę, teatr, filharmonię, pałac prezydencki, poszwendaliśmy się wąziutkimi uliczkami, porobiliśmy zdjęcia i ruszyliśmy z powrotem przez most na ścieżkę rowerową, w poszukiwaniu noclegu. I tu miłe zaskoczenie, wyjeżdżając z miasta trafiliśmy na piękną ścieżkę rowerową
/ prawdopodobnie wcześniej była to normalna samochodówka/, a wałem nieco wyżej bliżej Dunaju biegła nowa asfaltówka dla biegaczy i rolkarzy. I masa ludzi uprawiała tam różne sporty, ruch był jak na Marszałkowskiej. Było po drodze też małe jeziorko, ale nie mieliśmy czasu się zatrzymywać bo trzeba było szukać noclegu i marketu, a droga była z dala od cywilizacji. Wkrótce znaleźliśmy drogowskaz na miejscowość Rusovice oddaloną zaledwie od tego miejsca o 2 km. Zrobiliśmy zakupy, obejrzeliśmy ruiny pałacu i zaczeliśmy przepytywać się o nocleg. Nie było nigdzie miejsc i gdy już zrezygnowani mieliśmy jechać dalej trafił nam się zielony pensjonat. Chłopaki poszli sie pytać, a pani powitała ich warknięciem – co tu szukają, czemu drzwi nie zamykają. Jak się dowiedziała,że na jedna noc to stwierdziła, że to kłopot, ale w końcu łaskawie się zgodziła. Pokazała nam pokój, ja niechcący zapytałam czy w poduszkach jest pierze/bo jestem uczulona/ to wrzasneła na mnie – co nieświeże? Gdy prosiłam by zbrała te poduchy to nawarczała znów, że gdzie ma je dać! / do szafy poprosiłam/ gdy chciałam sobie ubrać pościel wyrwała mi z ręki z krzykiem, że ona sama! Była to najbardziej niemiła gospodyni na całej naszej wyprawie. Kosztowała nas ta przyjemność 20 euro od osoby i do końca podróży wspominaliśmy to "miłe powitanie". Było jeszcze dość wcześnie więc zrzuciliśmy tobołki i na pustych rowerach wróciliśmy nad jeziorko, by ze zdumieniem zauważyć, że trafiliśmy do zakątka naturystów/ ale tekstylni też na szczescie tam byli. Wynikało to zapewne ze względów praktycznych, bo jeziorko było przy trasie rowerowej, a jak wiadomo pod rowerówki majtek sie raczej nie zakłada/a z mokrym pampersem raczej się nie jeździ/. Głównie panowie eksponowali tam nad brzegiem swoje wdzięki, zrzucali spodenki, czasem przenosili rowery przez płytką wodę by przedostać się na wyspę i bez ograniczeń zażywać kąpieli słonecznych. My oczywiście mieliśmy stroje więc, po kąpieli przebraliśmy się i wróciliśmy na miejsce noclegowe, starając się nie wchodzić w drogę naszej "przemiłej" gospodyni. W tym dniu zrobiliśmy około 97 km.


Rano wyjechaliśmy przed 9-tą rowerówką na Rajkę, mijamy kolejne przejscie graniczne, tym razem wjechaliśmy na Węgry, Januszek foci i po chwili jechaliśmy dalej. Skończyły się piękne i dobrze oznakowane rowerówki, jedziemy zwykłymi, dziurawymi bocznymi drogami, a krajobraz podobny do naszego. Tylko Kazimierz niezmiennie i wciąż zachwycał się Węgrami, obiecując co to za cuda nas jeszcze tu czekają. Nazwy miejscowości były tak trudne i niepodobne do żadnego ludzkiego języka, że nawet przeczytać ich nie umieliśmy, a co dopiero wymówić, najczęściej literowaliśmy. Po jakimś czasie wjechaliśmy do miejscowości Masonmagyarovar – obejrzeliśmy kompleks pałacowo- zamkowy, w którym obecnie mieści się Akademia Rolnicza/ specjalnie dla Sławka sfotografowaliśmy szkielety różnych zwierząt gospodarskich/ i pojechaliśmy dalej na stare miasto. Trafiliśmy na informację turystyczną, gdzie pani na szczeście mówiła po niemiecku/ bo po węgiersku trudno nawet coś pokojarzyć, a co dopiero zrozumieć/ jakoś się z nią dogadałam i przyniosła mi z zaplecza darmowe mapy z naddunajskimi ścieżkami rowerowymi i miejscami noclegowymi w schroniskach i campingach, które bardzo nam się później przydały. Obejrzeliśmy rynek i deptak, na którym przyczepili się do nas dwaj gimnazjaliści Adrian i Damian i ciężko się było od nich uwolnić, a zrozumieć też się nie dało. Wkrótce wróciliśmy na nasze Euro velo i jechaliśmy dalej w kierunku Budapesztu. W miejscowości Hedarwar obejrzeliśmy zamek, zrobiliśmy zakupy, coś tam przekąsiliśmy i ruszyliśmy dalej do Goyor. I tu mieliśmy szczęście, na samym wjeździe trafiliśmy na camping z wolnymi pokojami w bungalowach. Właściciel znał niemiecki, więc bez problemu się dogadałam i nawet Kazimierz nie chciał już spać w namiocie gdy zobaczył pokój z kuchnią i łazienką, telewizorem, za 13,30 euro. Zostawiliśmy bagaże i pojechaliśmy na miasto. Najpierw trafiliśmy na jakieś slamsy zamieszkane przez cyganów, że aż strach było jechać. Następnie trafiliśmy do ogromnej synagogi i dzieki miłemu panu udało mi się kuknąć do środka, bo nigdy jeszcze nie byłam/ a zwiedzanie było płatne/. Potem trafiliśmy do zabytkowej części miasta z pięknymi uliczkami, kamienicami w rynku, kolumną maryjną, bazyliką i kompleksem biskupich pałaców, w których gościł nasz papież, który podniósł tutejszą katedrę do rangi bazyliki. Wszystko to wiemy od człowieka, który sie do nas przypałętał i strasznie chciał nas oprowadzać, szczególnie mnie bo coś nie coś rozumiałam po niemiecku. Chodził za mną, ciągnął mnie za rękaw pokazując szczegóły i miejsca godne uwagi. Jadąc dalej trafiliśmy na jakiś festiwal, chwilę poogladaliśmy i udaliśmy sie do marketu na zakupy, po czym znów wróciliśmy na festiwal by obejrzeć końcówkę występów zespołu prezentującego tańce irlandzkie. Miała być jeszcze muzyka gotycka, ale za długa była przerwa, więc wróciliśmy do domku, na kąpiel i kolację. W tym dniu zrobiliśmy ok 80 km.


Rankiem po śniadaniu opuszczamy nasz wygodny pokoik i jedziemy marnie oznakowaną rowerówką Euro velo nr 6 , błąkamy się po wsiach, laskach, piachach z góry i pod górkę, przez miejscowości Bana, Babolna. Pogubiliśmy się trochę i musieliśmy zawracać, w miejscowości Acs spotykamy po raz kolejny dwóch Włochów, z którymi mijaliśmy się kilka razy na trasie od Passau. Oni jechali rowerami wzdłuż Dunaju do Budapesztu, potem pociągiem wracali do auta zostawionego w Passau
/spotkaliśmy ich jeszcze później w Budapeszcie w okolicach dworca/. Przed Komarom znów wraca nasza rowerówka, zaprowadziła nas do zabytkowych fortów – w których mieści się obecnie Muzeum II Wojny Światowej. Był to jeden z trzech fortów w okolicach tego miasta, najlepiej zachowany. Panowie poszli zwiedzać, a ja wolałam w cieniu pilnować rowerów. Zobaczyli tam trochę broni, mundurów, pokoje gdzie dawniej stacjonowało wojsko, ciekawe wieloosobowe latryny- trochę lepsze jak w naszej mazurskiej twierdzy Boyen. Była też wystawa poświęcona 1000 – letniej historii węgierskiego chleba i piekarnictwa. Ja w tym czasie odpoczywałam w cieniu pod murami i pogadałam z Polakami wracającymi z wczasów w Chorwacji, którym się zepsuło auto i czekali na lawetę. Po zwiedzaniu ruszyliśmy do miasta i trafiliśmy na informację turystyczną, gdzie pani usilnie nas namawiała byśmy przejechali mostem na drugą stronę- czyli Słowacką, bo wszyscy tak robią, ponieważ po węgierskiej stronie ścieżka jest wąska i niebezpieczna, często prowadzi drogą krajową/innej po prostu nie było/. Ale my chcieliśmy poznać Węgry, które Kazimierz tak zachwalał, więc mimo ostrzeżeń pojechaliśmy naprawdę fatalnymi ścieżkami dalej, licząc na tanie noclegi. Dotarliśmy wkrótce do miejscowości Sodio, zjedliśmy langosza/ ale był cyrk przy zamawianiu, jakaś pani próbowała nam pomóc coś tam po niemiecku, węgiersku i w końcu się udało/. Langosz to drożdżowy duży racuch na słono i można sobie dobierać składniki- jak do pizzy czy gyrosa. Ale z napisów ciężko wywnioskować co jest co, a obrazków nie było. My wzieliśmy z tefajlos/ sos jogurtowo czosnkowy, czasem serowy/ i saytos/potarty żółty ser/. Były jeszcze z warzywami, boczkiem, ale baliśmy się tego co nam się może trafić więc wybraliśmy podstawową wersję. Na deser wzieliśmy pyszne lody gdzieś tam po drodze, ale z kasą - kosmos, wszystko liczy sie w tysiącach, setkach- ciężko to ogarnąć. Trochę kilometrów już przejechaliśmy zbliżała się 18-ta więc zaczeliśmy się rozglądać za noclegiem. Jakaś dziewczyna mówiła nam, że za 3 km coś tam jest ni to hotel, ni schronisko. Nie mogliśmy tego znaleźć, aż w końcu Janusz to wypatrzył, w miejscowości Lablatan. Z zewnątrz wyglądało nieciekawie, ale ludzie przemili, jakaś babcia cały czas nam chciała coś usilnie opowiedzieć po węgiersku, ale my nie rozumieliśmy jej, ani ona nas. W końcu zawołali gospodarza, który mówił po niemiecku mniej więcej tak jak ja, więc sie dogadaliśmy co do ceny 8,5 euro na osobę/ nasz najtańszy i najlepszy nocleg/, a jak zobaczyłam pokój to krzyknełam "Ameryka!". Bardzo się to właścicielowi spodobało i tak przekazał chłopakom, którzy chowali rowery pod wiatą. Trafił nam się apartament z łazienką, aneksem kuchennym, lodówką, telewizorem, balkonami i klimatyzacją. W przedniej części ja miałam podwójne łoże, a za rogiem /za toaletką, fotelami, stolikiem/ Janusz i Kazimierz mieli swoje tapczany, a pokój był naprawdę ogromny. Myśleliśmy, że poprzedni nocleg to był luksus, ale ten przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, Kazimierz przestał już tęsknić za namiotem. W tym dniu zrobiliśmy ok. 90 km.


Z żalem opuszczamy naszą "Amerykę" i udajemy się w kierunku Esztergom, najpierw ścieżką, która wyprowadziła nas na mostek i znikła, potem krajówką numer 10, dalej na 11. Po 20- tu km wjechaliśmy do miasta, stromo pod górkę i ogromną bazylikę, spieliśmy rowery i udaliśmy się na zwiedzanie całego kompleksu. Były tam wykute w skale piwnice, restauracje, z przeróżnymi winami, które my mogliśmy tylko pooglądać. Przechodziło się tą podziemną promenadą na wewnętrzny dziedziniec i schodami lub windą wjeżdżało się na górny dziedziniec, gdzie był zamek i bazylika. Trafiliśmy akurat na mszę, więc nie za bardzo mogliśmy zwiedzać, bo ochrona wpuszczała tylko do przedniej części, a szkoda bo bo było na co patrzeć. Zamek był odnowiony, więc darowaliśmy sobie zwiedzanie i wewnętrznymi murami zeszliśmy w dół robiąc wszędzie zdjęcia. Przy rowerach zjedliśmy drugie śniadanie i pojechalismy dalej do Visegradu. Z daleka widać było zamek na wysokiej skale/ nikt się nie chciał drapać/ i trafiliśmy na jakiś festyn rycerski, bo pełno było straganów w uliczce prowadzącej na podzamek, a dalej pobierano opłatę za wstęp. Nie mieliśmy tyle czasu, więc tylko pokosztowaliśmy miejscowych specjałów – koronkowo falbaniaste ciastko z foremki zamaczanej w oleju- taki niby racuch z różnymi dodatkami. Kazimierz wziął z cukrem pudrem, ja z Januszem, z czekoladą. Wydostaliśmy się z miasteczka przez starą zabytkową bramę w kierunku Szentendre. Po drodze zjedliśmy Langosza, ale był dużo gorszy niż poprzedni, chyba lekko przypalony na starym oleju. Późnym popołudniem dotarliśmy do Szentendre, no i tu musze przyznać Kazimierzowi rację – naprawdę piękne małe miasto artystów. Co krok galerie, muzea, wystawy, sklep za sklepem z pamiątkami i rękodziełem. Wąskie uliczki, stromo pnące się pod górę, piękne kościoły/ jeden jakiś ortodoksyjny odłam katolicyzmu/ zobaczyliśmy tylko przez otwarte drzwi bo już go zamykali. Januszek kupił sobie białą czapkę, bo nie mógł już jeździć w kasku/ mózg mu sie przegrzewał na słońcu, dostał jakiegoś uczulenia/, a ja czwarty naparstek dla mojej koleżanki - kolekcjonerki. Koniec zwiedzania i artystycznych wrażeń, wskakujemy na rowery i dalej ścieżką rowerowa jedziemy w stronę Budapesztu, by szukać noclegu gdzieś na przedmieściach, w pobliżu miejscowości Solymar, bo tu za 3 dni umówiliśmy się ze Sławkiem, by nas zabrał z powrotem do kraju. By coś znaleźć musieliśy zjechać z naddunajskiej ścieżki w stronę zabudowań i wypadliśmy w miejscowości Budakalasz, oddalonej o 20 km od centrum Budapesztu. Janusz i Kazik wypatrzyli drogowskaz na camping, ale droga pięła się stromo w górę, więc powiedziałam, że nie jadę, przerażona wizją spania w namiocie po taaakiej "Ameryce". Zaczełam rozpytywać ludzi i skierowała mnie kobieta we właściwe miejsce. Znów nam sie super trafiło spanie u Frau Magdaleny, która przez 3 dni podszkoliła mnie tak z niemieckiego, że aż mi się zwoje przepalały. Była przemiła, wszystko na raz chciała mi pokazać i wytłumaczyć, gdzie kuchnia, gary, talerze, czajniki, ręczniki, bilard, telewizor, itp. Nawet jak mamy sobie markizę skręcić. Pozwoliła wybrać sobie pokój, potem zaproponowała jeszcze większy z łazienką, kawą i sokami co dzień rano na taras, albo do kuchni, gdzie sobie życzyliśmy. Pokazała jak obsługiwać wewnętrzny telefon, że wystarczy nacisnąć 1-kę i ją poprosić jeśli mamy jakieś życzenie. Ja już nie miałam żadnych bo wszystkie musiałam wypowiedzieć po niemiecku. Zamówiliśmy noclegi na 3 dni/ bo źle policzyliśmy noce do spotkania ze Sławkiem/ i na szczeście po 1 dniu się zorientowaliśmy i dało się nasz pobyt przedłużyć, ale musiałam wzywać Frau przez telefon i jakoś jej to wytłumaczyć. Udało się, nie było problemu, a jako "stali" goście od tego ranka dostawaliśmy jeszcze ciasto do porannej kawy. Frau Magdalena wynajmuje pokoje gościnne nie tylko turystom, ale i też pracownikom, którzy coś tam robią w okolicy/ obok nas mieszkali geodeci/ i spokojnie pomieści ze 20 osób na swoim podwórku. Spędziliśmy tam ostatnie cztery noce z których każda kosztowała nas 14,5 euro. To miejsce stało się naszą bazą wypadową przy zwiedzaniu Budapesztu.


Pobudka o 7-mej, śniadanie, potem Frau Magdalena podała kawę i soki na tarasie i tak miło nam się dzień rozpoczął. Ruszyliśmy w stronę Budapesztu naszą ulubioną Euro velo nr 6, która jak zwykle pojawiała się i znikała, kluczyła po wałach, łąkach, promenadach, między blokami, torami. Tak dotarliśmy przez most na wyspę św. Małgorzaty, która jest olbrzymim parkiem, gdzie ludzie uprawiają różne sporty, biegają, jeżdżą rowerami, spacerują z kijami i bez, ćwiczą jogę, karate na trawie w mniejszych i większych grupach. Zwiedziliśmy po drodze japońskie ogrody, rzymskie ruiny, obejrzeliśmy po drodze kompleks basenów, fontanny i wyjechaliśmy drugim mostem na ścieżkę rowerową, która biegnie wzdłuż Dunaju przez całe miasto. Oglądaliśmy z daleka bajkowy gmach Parlamentu, zamek, Wzgórze Gelerta, kościoły. Janusz wszystko dokładnie obfotografował, ja trochę też, wiec co chwilę musieliśmy się zatrzymywać, co nie było łatwe bo ruch na ścieżce był ogromny. Było bardzo gorąco, a kończyła nam się woda, więc przejechaliśmy zabytkowym zielonym mostem na drugą stronę rzeki do hali targowej na zakupy. Most był zamknięty dla ruchu samochodowego, więc można się było nim swobodnie poruszać, młodzież spacerowała po przęsłach, leżakowała tam, a my zjedliśmy arbuza. Po krótkiej przerwie śniadaniowej ruszyliśmy stromym podjazdem na Wzgórze Gelerta, ogladając po drodze kościół wykuty w skale. Nie było łatwo podjechać mimo, że nie mieliśmy bagaży, palące słońce wyciskało z nas siódme poty, a widząc mą mękę stojący na poboczu taksówkarz, podepchnął mnie trochę pod górkę. W końcu udało nam się wjechać pod pomnik kobiety - chyba z liściem laurowym, choć pewna nie jestem, bo trzymała go dość wysoko. Jest to punkt widokowy figurujący jako unikat na liście UNESCO, skąd widać całą panoramę miasta, po obu stronach Dunaju, który dzieli Budapeszt na dwie części- Budę / tam gdzie byliśmy/ i Peszt. Według mnie Buda jest piękniejsza, położona na wzgórzu ze stopniowo schodzącymi tarasami zamków, kościołów, nie wiadomo było gdzie zaczyna się jeden, a kończy drugi. Gdy już nasyciliśmy oczy pieknymi widokami, zaczeliśmy zjeżdżać w dół z drugiej strony wzgórza, a w połowie góry natrafiliśmy na ciekawe miejsce z makietą Budapesztu przedzielonego Dunajem, nad którą król z królową podają sobie ręce- zapewne ma to jakieś odniesienie do miejscowej legendy. Nieopodal na małym skwerku stał krąg ludzkich postaci z brązu skupionych wokół małej kuli ziemskiej. Byli to przedstawiciele i prorocy różnych wierzeń całego świata /Chrystus, Budda, Ghandi, Mahomet itd./. Gdy to już porobiliśmy zdjęcia zjechaliśmy w dół, a potem znowu pod górke do zamku. Trochę błądziliśmy bo wszędzie remonty, albo schody utrudniały wjazd. Ja uparłam się by w końcu jakieś muzeum odwiedzić i trochę kultury łyknąć, a że w zamkowym muzeum była akurat wystawa dzieł Picassa i Modilianiego- to mi się udało. Trochę mnie to kosztowało 4200 ft, więc niech nikt nie mówi, że wielka sztuka wejdzie kiedyś pod strzechy. Chłopaki woleli popilnować rowerów i podziwiać sztukę z daleka. Gdy wyszłam zjechaliśmy znowu trochę w dół i poszliśmy wszyscy zwiedzać kościół /1500 ft/ ale było warto, bardzo misternie wymalowany, nie było na ścianie, ani suficie kawałka wolnego miejsca, wokół biegła galeria z wystawą sztuki kościelnej i narzędzi liturgicznych. Początkowo jej nie zauważyłam i dopiero jak Kazimierz zwrócił mi na nią uwagę, to zdążyłam przed samym zamknięciem. Po zwiedzaniu kościoła okrążyliśmy galeryjki i tarasy wokół placu, ja znalazłam pyszne lody, a że było okropnie gorąco to za przykładem innych moczyliśmy nogi siedząc na brzegu fontanny, liżąc sobie lody. Od tej pory stało się to moim ulubionym sposobem odpoczynku w gorącym Budapeszcie i gdy tylko nadarzyła się okazja to z lubością oddawaliśmy się temu przyjemnemu zajęciu. Po dłuższej chwili relaksu zjechaliśmy ostro w dół znów na ścieżkę, w stronę domu. Rozglądając się za knajpką zboczyliśmy ze ścieżki i trafiliśmy na ruchliwą 11, nie było innej drogi wiec jechaliśmy. Po chwili trafiliśmy na most, którym chcieliśmy uciec z tej drogi na wyspę i wyjechać drugim mostem na ścieżkę rowerową. Niestety gdy już przejechaliśmy całą wyspę okazało się, że jest to teren zamknięty- pole golfowe/znależliśmy 3 piłeczki na ulicy/, a facet na bramce nie chciał nas przepuścić, zresztą nie mogliśmy się z nim dogadać i musieliśmy wrócic znów do punktu wyjścia czyli ruchliwej 11. I tak dojechaliśmy znów do naszej ścieżki rowerowej. Po drodze na promenadzie zjedliśmy zupę gulaszową/średnio dobrą – chłopaki z puszki jedli lepszą/. Potem zakupy w markecie i tu znowu problem, bo chcieliśmy sobie kupić wino, bo Węgry z tego słyną, ale jak na etykiecie coś wyczytać jakie ono jest, dogadać sie nie było jak, więc kupiliśmy na wyczucie po obrazku iii nie było złe. Na nocleg wróciliśmy zmordowani upałem, górkami i zwiedzaniem o 21.30, szybka kąpiel i spać. W tym dniu zrobiliśmy ok. 59 km, zobaczyliśmy bardzo dużo, co bez roweru byłoby wręcz niemożliwe bo na piechotę nasze nogi by tego nie wytrzymały.


Po śniadaniu i kawie/od Frau/ znów pojechaliśmy na dalsze zwiedzanie miasta, tym razem Pesztu. Kazimierz, który bywał tam już wcześniej służył nam za przewodnika. Najpierw obejrzeliśmy ruiny Coloseum, pomnik poświęcony ofiarom katastrofy Smoleńskiej, obok tablica upamiętniająca mord w Katyniu. Potem przez miasto do parku, oglądaliśmy wielki plac z kolumną i łukami, w których stoją figury węgierskich królów. Objechaliśmy cały park, podziwilaliśmy bardzo ładny letni zamek, zjedliśmy drugie śniadanko i wróciliśmy do centrum Pesztu ścieżką rowerową. Dla zainteresowanych dodam, że jest tam ogromna ilość ścieżek rowerowych nawet w zabytkowych częściach miasta, czasem biegną środkiem jezdni, że aż strach się przepychać między autami. Bo specjalnie tam nikt na rowerzystów nie uważa, o czym sama mogłam się przekonać 2 x cudem uchodząc z życiem/ raz z własnej winy, a raz nie/. To tak na marginesie, ścieżki, ścieżkami, ale ruch jest ogromy, wszyscy się spieszą i uważać trzeba, bo rozjadą jak nie samochody to inni rowerzyści, szczegółnie ci na kolarkach/ którzy jak zauważyliśmy sakwiarzy nie lubią/. W centrum Pesztu obejrzeliśmy ogromną i bardzo ładną Bazylikę/200 ft wstęp/, zmęczeni upałem, znów moczyliśmy nogi w fontannie jedząc lody. Potem objechaliśmy gmach Parlamentu z każdej strony, a właściwie obeszliśmy bo rowerem tam jeździć nie wolno. Przepiękna budowla, misternie rzeźbiona, zwiedziliśmy podziemne lapidarium, potem jakieś interaktywne i darmowe muzeum w samym gmachu Parlamentu, prezentujące historię parlamentaryzmu węgierskiego. Następnie jedziemy obejrzeć zabytkowe kamienice i kilka pomników m.in. Regana, i kogoś tam jeszcze na mostku, robimy sobie z nimi fotki i dalej do hali targowej na zakupy i objad. Panowie zamówili wypasionego langosza za 500 ft, ja miałam ochotę na cos innego, wziełam takiego niby gołabka , był z ryżem i papryką bez mięsa i podawano go na tacce z takim niby bigosem. Średnio dobry, a cena okazała sie powalająca w porównaniu do chłopaków - 2000 za to coś. Znów kupiliśmy arbuza, ale było za gorąco by go jeść na moście, więc udaliśmy się na naszą ulubioną wyspę św. Małgorzaty. Po drodze próbowaliśmy się dowiedzieć skąd startują statki wycieczkowe na wieczorny rejs po Dunaju. Nie było to proste, wpakowaliśmy się na jakiś prywatny statek, gdzie jeden z marynarzy – Czech dał nam mapkę tras wycieczkowych i miejsc cumowania stateczków i co nieco wytłumaczył w ludzkim języku. Do wieczornych kursów było sporo czasu, więc postanowiliśmy odpocząć w cieniu na wyspie i zjeść arbuza. Dla mnie arubuz okazał się na tyle wredny, że zmusił mnie do szybkiej ewakuacji w poszukiwaniu krzaków, ale na wyspie masa ludzi, ruch ogromny, nie było jak, na szczeście były też toy toy-e. Z ulgą wróciłam do mojej fontanny na pokaz światła, dźwieku i moczenie nóg. Znając moje upodobanie do kąpieli wodnych, Kazimierz chciał mnie namówić na kąpiel w fontannie/ nawet zafundować, ale nie wiedział ile to może kosztować/ i gdy tak sobie na ten temat żartowaliśmy, nagle jeden z małolatów wskoczył do fontanny i zawędrował na sam środek. Nie mineło parę chwil jak niewiadomo skąd wyskoczyli ochroniarze iii zaczeła się pyskówka, z której nie rozumieliśmy wiele, ale chcieli chyba dzwonić na policję. Jakieś kobiety próbowały załagodzić sytuację, uspokoiły podpitego młodzieńca i ochroniarzy, więc jakoś się to po kościach rozeszło, a mnie do kąpieli w fontannach mimo upału zniechęciło. Wolałam tak jak wszyscy moczyć nóżki. Posiedzieliśmy tam jeszcze trochę i przed 20-tą ruszyliśmy szukać portu i wycieczkowego statku. Gdy przyjechaliśmy to się okazało, że zaraz wyrusza, szybko spieliśmy rowery na nadbrzeżu, jakoś tam się po niemiecku dogadałam, kupiliśmy bilety/2100 ft na osobę/ i wypłynęliśmy o 20,45. Statek był już pełen wycieczkowiczów, szczególnie na górnym pokładzie, ale jakoś i my się tam upchnęliśmy. Powoli jak się zciemniało zaczęły się rozświetlać kolejne gmachy położone nad rzeką. Widok niesamowity, wszystkie mosty, Parlament, zamki, kościoły, Wzgórze Gelerta, jakieś gmachy firmowe, hale i sama nie wiem co jeszcze. Rejs trwał godzinę, najpierw statek płynął bliżej Pesztu, przed wyspą św. Małgorzaty zawracał i płynął bliżej Budy, tak aby turyści zdążyli sobie porobić zdjęcia. A pstrykali bez opamiętania, wchodząc sobie często nie tylko w kadr. Mimo to polecam wszystkim wieczorny rejs - niezapomniane przeżycie i cudne widoki. Budapeszt żyje do późnych godzin nocnych, ludzie siedzieli na "naszym" zielonym moście i nam machali, a my im oczywiście. Gdy statek przybił do brzegu, cała ta masa ludzi wylała sie na wąski chodnik, tak że z rowerami cieżko było przejść. Pozakładaliśmy lampki, przeprawiliśmy się mostem na drugą stronę, na naszą rowerówkę i pognaliśmy na Budakalasz, bo już było im dalej od centrum tym ciemniej. W domu byliśmy o 23 – ciej , a w tym dniu zrobiliśmy ok.73 km.


Dziś w końcu postanowiliśmy zrobić sobie "Dzień lenia", po wczorajszym późnym powrocie spałam do 9-tej, co chłopaków wprawiło w osłupienie, bo na ogół wstawałam najwcześniej i ich poganiałam. Kazimierz dla odmiany sam wstał o 7-mej i zdążył się już wynudzić w łóżku. Bez pośpiechu zjedliśmy śniadanko, potem kawka i ciasteczko od Frau i ruszyliśmy na baseny na wyspę św. Małgorzaty. Dość już mieliśmy upału, zwiedzania i cudów oglądania, w ostatni dzień postanowiliśmy zwyczajnie odpocząć. Janusz niestety nie mógł nam towarzyszyć, ze zwględu na jakiąś alergię słoneczną musiał się raczej chować w cieniu. Pojechał więc dalej samotnie zwiedzać miasto, a ja z Kazimierzem z lubością oddawaliśmy się wodnym kąpielom. Na początku pogoda nam nie sprzyjała, było pochmurno, potem nawet troche popadało / cóż za złośliwość losu jak się plątaliśmy po mieście dnia poprzedniego to było 40 stopni/. Ale nam to zupełnie nie przeszkadzało, najpierw Kazimierz poszalał na różnej wysokości i szybkości rynnach. Ja choć ich nie lubię postanowiłam zjechać raz na takiej dla dzieci i to na oponie- nawet nie było źle, chociaż na wyjściu mnie troche przekotłowało. Potem wygrzewaliśmy się w ciepłych, większych i mniejszych gejzerkach/ jeden mnie chciał utopić/, popłynęliśmy rwącą rzeką, poskakaliśmy na fali, popływaliśmy trochę w basenie z zimniejszą wodą, coś tam zjedliśmy/ ja langosza- bo wiedziałam już jak go zamówić/, a Kazimierz kurczaka z frytkami, ale nie był zadowolony ani najedzony. O 16-tej przyjechał po nas Janusz i pojechaliśmy na lody do fontanny, a potem Kaziu poprawił sobie humor langoszem, Januszek piwem, a ja lemoniadą. Siedząc tak sobie i sącząc co kto miał , oglądaliśmy wędrujące koło nas reprezentacje kobiet i mężczyzn, w piłce ręcznej plażowej - z całego świata, bo odbywały się tam jakieś mistrzostwa. Niektórzy byli dość mocno kontuzjowani i kuśtykali pookładani lodem i obandażowani. Kaziu i Januszek bardzo żałowali, że nie zostajemy dłużej, bo miały się odbyć nad Dunajem jakieś samolotowe zawody Red bulla/ coś tam już przygotowywali na nadbrzeżu/. Napici i najedzeni udaliśmy się w drogę powrotną, robiąc ostatnie zakupy w naszym ulubionym markecie. Panowie nakupowali Tokaji tak, że ledwo mogli je w sakwie pomieścić/ po drodze im spadła, ale na szczeście była zabezpieczona gumą i nic im sie nie potłukło. Gdy dojechaliśmy na miejsce rozpadało się dość mocno, a potem zerwała się burza z piorunami. Czyli sytuacja lubi się powtarzać – wyprawa jak sie zaczęła – tak się skończyła- w deszczu. W południe dzwonił do Janusza - Sławek, że dojechał, jest w Solymar, czyli tak jak się umawialiśmy, zostawił tam auto i pociągiem pojechał na zwiedzanie Budapesztu. Obiecał, że rano zadzwoni i jak da radę to postara się nas znaleźć w naszej miejscowości. W tym dniu zrobiliśmy jakieś 56 km, Janusz trochę wiecej bo plątał się po mieście


Całą noc myślałam czy Sławek przyjedzie po nas czy nie,/ z przerwami na sen oczywiście/ i miałam nadzieję, że tak właśnie będzie, bo nie miałam ochoty pchać się pod górkę, na dodatek w deszczu. Sławek chyba wyczuł moje obawy/wie jak nie lubię deszczu/ a od rana padało i to dość mocno. Zadzwonił już o 5.30 iii poprosił Kazia, bo miał kłopoty z samochodem. Paliła się jakaś kontrolka i miał problem z odpaleniem silnika. Znów mnie blady strach obleciał, że będzie trzeba wracać pociągiem, rozkręcać rowery, jeśli to coś poważnego. Na szczęście okazało się, że nie, Kazimierz udzielił mu instrukcji, co ma zrobić i Sławek nas znalazł, nie bez pomocy Kazia, który wyjechał mu na spotkanie mimo ulewnego deszczu i gdzieś tam na pych odpalali. Ja zapytałam Frau, czy mogą wjechać na podwórko byśmy mogli załadować rowery i bagaże. Nie było problemu, a podwórko było z górki, więc potem było łatywiej zapalić. Zjedliśmy śniadanie, Sławek też się załapał, /Januszek zrobił leczo/ jak również na poranną kawę i kąpiel. Szybko wrzuciliśmy bagaże do auta, rowery na dach i czule żegnani przez Frau Magalenę/ dała nam cały plik wizytówek dla znajomych/ ruszyliśmy w drogę nie gasząc silnika na żadnym postoju, ani podczas przerw fizjologicznych, ani przy tankowaniu. Mnie zostało trochę forintów, koron czeskich, ale nie miałam ich już gdzie wydać, bo nigdzie na dłużej się nie zatrzymywaliśmy, strach było auto wyłączyć, bo nie wiadomo czy odpali. Powrotna droga prowadziła najpierw przez Węgry na Szentendre, potem Visehrad, Esztergom i przez most przejechaliśmy na Słowację. Zachwyciły nas słowackie autostrady, budowane z rozmachem między górami, wiadukty , ślimaki, zjazdy i rozjazdy, dobrze oznakowane/ doceniliśmy to jak wjechalismy na polskie drogi/, więc bez problemu dotarliśmy do Czech, potem przez Cieszyn dostaliśmy się na naszą stronę. I tu się zaczęło, od razu korki, drogi tak fatalnie oznakowanie, że trudno się połapać jak z tego Ślaska na właściwą autostradę trafić. Kręciliśmy się tam w kółko, staliśmy w kilometrowym korku , a nasze nawigacje też oszalały, ani Kaziowe - Google map, ani mój Janosik na nic sie tam nie przydał. Pojechaliśmy na wyczucie i się udało, miejscami deszcz lał jak z cebra i drogi nie było widać, Kazik ze Sławkiem zmieniali się za kierownicą i jakież było moje szęście gdy zobaczyłam w końcu Opole. Bardzo lubię podróże małe i duże i zawsze cieszę się dwa razy- jak wyjeżdżam, ale jeszcze bardziej jak wracam. Podsumowując – wyprawa rowerowa doliną Dunaju była bardzo udana, pogoda nam dopisała, nie mieliśmy kłopotów ze znalezieniem noclegów, choć nic nie rezerwowaliśmy wcześniej/ poza tym Kaziowym romantycznym polem namiotowym w Czechach/. W cudnych miejscach byliśmy, spaliśmy i cuda zobaczyliśmy/zarówno przyrody jak i architektury/. Nie mieliśmy żadnych problemów ze sprzętem, nikt nawet gumy nie złapał. Humory dopisywały nam cały czas, nie zdażyliśmy się nawet pokłócić- ekipa nieliczna ale zgrana i śliczna/ co można zobaczyć na fotkach/. W sumie zrobiliśmy prawie 1000 km rowerami i tyleż samo autem, a zajęło nam to 13 dni.

Ostatnio zmieniany czwartek, 29 wrzesień 2016 20:47

Kalendarz

Odwiedzający

Odwiedza nas 666 gości oraz 0 użytkowników.

Początek strony

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą polityką prywatności.

Zgadzam się na używanie plików cookies na tej stronie