2017-06 Wiosenny Rajd do Pawełek

W tym roku po raz pierwszy wybraliśmy się większą grupą…

2016-08 Pokaz wody i ognia w Nysie

Dziś pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, za kilka godzin przyjadą…

2016-07 Orle Gniazda Green Ways

2016-07-02 dzień 1 sobota Odcinek Opole Olsztyn Wyruszamy w 3…

2016-07-02:15 Letnia wyprawa doliną Dunaju

W tym roku postanowiliśmy by w lecie zorganizować zagraniczną wycieczkę…

2016-05 Majowy weekend w Jesenikach

Tym razem, ze względu na krótki czas po mojej operacji,…

2017-09-29 - 2017-10-01 Jesienny Rajd Kolarski w Pawełkach

Jak co roku Bytomski Turystyczny Klub Kolarski "Catena" zaprosił nas na  powitanie jesieni w Pawełkach. Próbowałam sobie przypomnieć, który to już raz, ale z wiekiem pamięć mi trochę szwankuje i nie mogłam się doliczyć.  Wszyscy wiedzą, że w Pawełkach jest fajnie, więc chętnych nie brakowało, ale w trasę jak zwykle wyruszyliśmy w podgrupach. Sławek z Marzeną mieli wolne, więc pojechali rano z rowerami na dachu do Częstochowy, a wieczorem zciągnęli na miejsce noclegowe. Herbercik pojechał sam, a ja miałam jechać z Januszem, Jackiem Cz. i Tadziem.

Zbiórka była o 14-tej pod Mc Donaldem, ale Jacuś swoim zwyczajem spóźniony musiał nas gonić i zrobił to tak skutecznie, że nas przegonił przy pomocy swojego Endo-błądo, które skierowało go na główną krótszą drogę. A my by nie jechać głównymi drogami pojechaliśmy się przez Chrząstowice i Dębską Kuźnię  żółtym szlakiem – omijając Daniec dojechaliśmy do Krzyżowej Doliny, potem przez Krasiejów jechaliśmy   mniejszymi i większymi  lasami, nie dając się kusić grzybom, których w tym roku jest tak dużo, że widać je z rowerowego siodełka – Januszek wypatrzył ogromnego prawdziwka, który nam sie potem bardzo przydał.I nagle stwierdziliśmy, że Tadziu gdzieś zaginął, więc Janusz zawrócił  po niego i okazało się, że Tadziu złapał gumę, więc zabrali się do wymiany. Trochę nam zeszło i w tym czasie Jacuś nas wyprzedził i zadzwonił, że dojeżdża do Dobrodzienia. My też tam wkrótce się udaliśmy, a przed miastem zobaczyliśmy CPN i chcieliśmy dopompować koła. Januszek najpier zajął się moim, a potem Tadziowym, nooo i wysadził jego koło w powietrze, boooo dętka była nowa, ale opona przetarta i nie wytrzymała napięcia. Zadzwoniłam do Jacka by szukał w Dobrodzieniu sklepu rowerowego,ale niestety już był zamknięty. W tym momencie napatoczył nam się kierowca z dostawczym samochodem, który zabrał Tadzia do Opola, a my pojechaliśmy dalej  do Dobrodzienia bo  Jacuś miał ochotę na lody. Po konsumpcji pojechaliśmy dalej przez Ciasną do Pawełek, ale  po drodze zrobiło się ciemno i  Jacuś 2x pomylił drogę, a mi się tak dobrze jechało, że nie zauważyłam schroniska i chciałam jechać dalej, ku uciesze chłopakow – którzy z radością skomentowali fakt, żeee nie jestem nieomylna. W schronisku czekali na nas już ci co tam dotarli wcześniej, grilując i bawiąc się najpierw na dworze, potem w sali. Po zakwaterowaniu i my do nich dołączyliśmy na chwilę przed udaniem się na wieczorny odpoczynek.

30.09.2017  Sobota – drugi dzień rajdu.

Po nocnych baletach niektórzy mieli problem z punktualnością na zbiórce, a przewodnik Ryszard był nieubłagany i o 9-tej odgwizdał start. Nie ujechaliśmy daleko, gdy okazało się, że kilku pomyliło drogę i trzeba było wysłać umyślnego by im pomógł się odnaleźć. Gdy byliśmy już w komplecie, to w liczbie 21 osób  pojechaliśmy przez Ciasną, Molną, Patokę, Wędzinę, Borki Wielke, Małe do Olesna. Pogoda była piękna jak na zamówienie, ruch na drodze niewielki wiec jechało się dobrze i przed południem dotarliśmy na miejsce. My Olesno trochę znamy, a ja szczególnie wszelkie cukiernie, więc zaprowadziłam ich do mojej ulubionej przy pięknej kulistej fontannie. Gdy staneliśmy wszyscy w kolejce właściciel musiał wezwać posiłki bo sam nie dał rady nas obsłużyć. Na 13.30 byliśmy umówieni na zwiedzanie unikatowego kościoła drewnianego pod wezwaniem św. Anny Samotrzeciej, więc czasu było jeszcze sporo i zwiedzanie miasta odbywało się w podgrupach. Bytomiacy udali się na zwiedzanie kościoła św. Michała, a potem  na rynek, a my pod wodzą Sławka udaliśmy się na cmentarz komunalny obejrzeć pomnik poświęcony spadochroniarzom i groby ofiar pierwszej wojny światowej pochodzących  z różnych krajów.
Oleska nekropolia

Założony w 1858r.przy zbiegu ulic Dworcowej i Powstańców Śląskich cmentarz komunalny, na którym to znajduje się kilka ciekawych pomników pamięci czy mogił znanych nie tylko w Olesnie mieszkańców. Aktualnie na cmentarzu znajduje się ok. 6000 zewidencjonowanych pochówków, najstarszy z nich to groby francuskich żołnierzy Leona Remixa i Piera'a Dawida - jeńców wojny francusko - pruskiej z roku 1871.
Ciekawostką jak na te okolice jest aleja żołnierzy poległych w czasie I wojny światowej, charakterystyczne mosiężne tabliczki z krzyżem zajmują praktycznie całą wschodnią aleje cmentarza. Znajdują się tu ciała 296 poległych: Serbów, Rosjan, Niemców, Austriaków i Węgrów. Żołnierze ci zmarli w miejscowych lazaretach. Pośrodku alei znajdują się dwie granitowe płyty informacyjne z wyszczególnieniem ofiar na poszczególne narodowości oraz kamienny krzyż z metalową tabliczką przedstawiającą nieznanego żołnierza.
Również we wschodniej alejce znajduje się reprezentacyjna mogiła powstańców śląskich, którzy polegli w tych okolicach w 1921r. Spoczywa tu również Feliks Stróżyk - dowódca IV kompani wchodzącej w skład Batalionu Oleskiego podgrupy "Butrym". W 1791r. na mogile wzniesiono pomnik z widocznym z daleka napisem: Cześć i Chwała Powstańcom Śląskim. Pośrodku znajduje się znicz z krzyżem powstańczym oraz rokiem 1921. Niżej granitowa płyta z listą poległych.
Po północnej stronie nekropolii góruje pomnik lotników polskich. Monument w kształcie dwóch spadochronów opadających na biało- czerwoną szachownicę. Upamiętnia lotników, którzy 3 września 1939r. lecąc bombowcem "Karaś", zostali zestrzeleni pod Wojciechowem. Pomnik upamiętnia również dwóch piechurów polskich poległych w kampanii wrześniowej, zmarłych od ran w oleskim szpitalu.
W północno - wschodniej części znajduje się mogiła żołnierzy niemieckich poległych w czasie II WŚ. Na cmentarzu znajduje się również kilka nagrobków żołnierzy Armii Krajowej min. Szczepana Gwiazdowskiego w stopniu kapitana ps. Głaz. Kawalera orderu Virtuti Militari. Są tu również pochowani księża katoliccy - proboszczowie tutejszych parafii oraz pastorowie ewangeliccy.
Jest tu również mogiła 12 zakonnic ze zgromadzenia franciszkanek szpitalnych. Dość ciekawą postacią, która spoczywa na cmentarzu w Oleśnie, jest osoba Janiny Kłopockiej - twórcy znaku "Rodła", znaku Związku Polaków w Niemczech. W Oleśnie pracowała tylko 4 lata, zmarła w Warszawie, ale zechciała być pochowana tu.
Po obejrzeniu co ciekawszych nagrobków musieliśmy się w pośpiechu udać na rynek bo trzeba było jechać do kościółka za miastem. Było trochę problemów ze znalezieniem drogi bo dawno tam nie byliśmy, a nawigacje trochę  kołowały przewodników i trzeba było posiłkować się wskazówkami napotkanych przechodniów. Trafiliśmy na ciekawą ścieżkę rowerową biegnącą z dala od głównej drogi prosto do kościółka, gdzie czekał nasz przewodnik, który przygotował szewreg ciekawych historii  i legend związanych z tym miejscem.
Pątniczy Kościół św. Anny jest jednym z najpiękniejszych obiektów sakralnych nie tylko na Ziemi Oleskiej, ale także regionu, a nawet kraju. Ta perła architektury drewnianej, wyłaniająca się z zieleni drzew jako prawdziwa "oleska róża zaklęta w drewno", jest usytuowana w odległości 1,5km na północ od miasta.
Świątynia ta, będąca zabytkiem klasy zerowej, ma średniowieczny rodowód i legendarnie korzenie.Jej początki związane są z podaniem o dziewczynie Annie uratowanej cudownie, za przyczyna Babki Chrystusowej, od zbójców. Jej podobizna zawieszona została onegdaj przez księżną św. Jadwigę na wysokiej sośnie. Już w 1444r. wzniesiono niewielki drewniany kościółek o rozmiarach dzisiejszego prezbiterium, zbudowany wokół cudownej sosny, której obcięto wierzchołek i konary, a pień do dzisiaj podtrzymuje ołtarz główny. Sława tego miejsca roznosiła się po okolicy. Licznych pielgrzymów ze śląska, Polski, Czech i Moraw nie mógł pomieścić mały kościółek, dlatego wybudowano większy.
Nowy został poświęcony przez biskupa wrocławskiego Jana V Turzo w 1518r.. Zadbano o piękny wystrój wnętrza, którego szczególną ozdobę stanowił ołtarz główny "Wielka Święta Rodzina". Był to tryptyk z początku XVI w. wykonany przez mistrza Jakuba z Krakowa ze szkoły wybitnego Wita Stwosza. Późnogotyckiego arcydzieła nie ma jednak w Oleśnie, cenne rzeźby zostały skradzione w nocy z 19/20 VIII 1994r. Największą świętość stanowi późnogotycka figura św.Anny Samotrzeć (Samotrzeciej) z przełomu XV i XVI w.
Napływ pielgrzymów o których dokumenty wizytacyjne parafii z XVIIw. donoszą, że było ich aż 10 tysięcy w dzień odpustu, wymusił decyzje o rozbudowie tego kościoła. Ówczesny proboszcz Andrzej Pechenius (Pichenius) zawarł umowę z cieślą z Gliwic Marcinem o nazwisku Snopek (Senpek, Sempek). Budowniczy postawili w latach 1669-1670 pięć kaplic o barokowym wystroju-kaplicę św. Anny, św. Krzyża, 14 Orędowników, Wniebowzięcia NMP i Matki Boskiej Częstochowskiej, Wyczarowano przepiękną pięciopłatkową "oleską różę" widniejąca w herbie miasta. Najstarsza część kościoła to jakby korzenie połączone kilkunastometrowym przejściem - łodygą z pięcioma płatkami- kaplicami tej swoistej architektonicznej róży.
Przy kościele w II poł. XVII w. i na pocz. XVIII w. mieszkali miejscowi pustelnicy. Makieta tej wyjątkowej świątyni, leżącej na szlaku Drewnianego Budownictwa Sakralnego, była prezentowana na światowej wystawie Sztuki Architektonicznej w Nowym Jorku. To ukochane przez mieszkańców Olesna święte miejsce trwa w swoim transcendentnym spokoju i pięknie, intrygując mieszkańców i przyciągając tłumy rodaków z kraju i zza granicy, szczególnie w okresie odpustu
Po zwiedzaniu kościoła udaliśmy się na urokliwe leśne miejsce zwane 7 źródeł.

W czasie wędrówek po Śląsku Opolskim spotkać można wiele miejsc o znacznych walorach przyrodniczych, turystycznych oraz kulturowych. W Oleśnie takim miejscem jest owiane legendami, leśne uroczysko zwane „Siedem Źródeł”. Nazwa powstała w XVII wieku, gdy do drewnianego kościoła pw. św. Anny dobudowywano pięć kaplic. Ale że bagna i torfowiska wokół świątyni utrudniały pracę, więc cieśle usilnie modlili się do św. Anny o pomoc. Jednego dnia siedmiu z nich poszło ściąć drzewa na budowę kaplic i nagle w lesie przed każdym z nich wytrysnęło źródło. Kiedy powrócili z drzewem, to okazało się, że teren wokół kościoła stał się suchy. I tak narodziło się „Siedem Źródeł”. Przez wieki do źródeł szli po odpuście utrudzeni pielgrzymi, aby ugasić pragnienie, umyć swoje obolałe stopy i zaczerpnąć zimnej, orzeźwiającej i ponoć cudownej wody, którą zabierali ze sobą do swoich domostw. Stała też stara karczma, przy której zbudowano tamę spiętrzającą wodę. Rozwinęła się hodowla pstrąga i w niekrótkim czasie pstrąg szpikowany słoniną stał się specjalnością tej karczmy wespół z wybornymi oleskimi kluskami różanymi. Pod koniec XVIII i w XIX wieku mieszkający w pobliżu spotykali się tu w niedziele i święta na wspólnych zabawach. Po II wojnie światowej miejsce to uległo zapomnieniu i dewastacji. Jednak od kilku lat źródła znów zostały przywrócone do użytku publicznego, stając się jednym z ulubionych miejsc spacerów okolicznych mieszkańców oraz licznych turystów i pątników. Nad brzegiem rozlewiska stanęły kapliczki św. Anny i św. Huberta oraz zadaszone wiaty i ławki. W 2006 roku posadzono przy źródle również Dąb Papieski (nr 57). W okolicach „Siedmiu Źródeł” napotkać można liczne malowniczo usytuowane tzw. Bożymanki z XIX i początku XX wieku, czyli ludowe przedstawienia Męki Pańskiej. Dawniej krzyże te chroniły przed czającym się wszędzie złem, a stawiano je najczęściej na skrzyżowaniu dróg, pośród lip lub brzóz, w miejscu samobójstwa, mordu, znalezienia nieochrzczonego dziecka lub ludzkiej czaszki. Te przykłady dawnej śląskiej, małej architektury niestety znikają z opolskiego krajobrazu zastępowane nowymi, zwykle bardzo tandetnymi krzyżami i kapliczkami. Do „Siedmiu Źródeł” najłatwiej trafić, ruszając od drewnianego kościoła św. Anny. Dojdziemy tam powstałą niedawno drogą krzyżową - „Oleską Kalwarią”, której stacje rozciągają się na długości około półtora kilometra.

Po krótkim postoju udaliśmy się w drogę powrotną inną scieżką rowerową bo chcieliśmy zobaczyć jeszcze drewniany kościółek św. Rocha w Grodzisku z drugiej strony Olesna. Dotarliśmy tam bez problemu bo już tam byliśmy i znaliśmy drogę, więc mogliśmy poprowadzić. Tam czekała na nas pani, która miała klucze, więc mogliśmy go obejrzeć także w środku i wpisać się do pamiątkowej księgi.

Kościół pw. Św. Rocha
Na naturalnie wypiętrzonym pagórku wznoszącym się przy drodze z Grodziska do Wysokiej znajduje się drewniany kościółek pw. św. Rocha z Montpellier, patrona ochrony przed chorobami zakaźnymi, który został wybudowany w 1710 roku jako wotum za ocalenie ze straszliwej zarazy, dżumy dziesiątkującej mieszkańców miasta Olesna od lutego do grudnia 1708 roku. Historia powstania tej budowli sakralnej związana jest właśnie z dziejami przebiegu epidemii. Dwa opisy przedostania się dżumy do miasta podaje kronika Olesna autorstwa Józefa Lompy. Według pierwszej wersji zarazę do miasta przyniósł w niedzielę palmową, 19 marca 1708 roku pewien przybysz z Polski udający się na targ do Olesna, który przed murami miejskim przewrócił się i po chwili zmarł. Pochował go na oleskim cmentarzu miejscowy grabarz, a jako że nie znalazł przy nim żadnych pieniędzy przywłaszczył sobie zamiast zapłaty jego ubranie i chodząc w nim po całym mieście, wśród tłumu, zarażał jego mieszkańców straszliwą chorobą. Drugi opis zamieszczony w kronice Lompy podaje, iż zaraza dostała się do Olesna wraz z partią skóry juchtowej zakupionej od rosyjskiego kupca. Wskutek choroby grasującej w 1708 roku na terenie Olesna wymarło 90 % mieszkańców ówczesnego grodu, a opierając się na wiarygodnych raportach urzędowych, cesarskich medyków Mildego i Hoellmanna, oddelegowanych do Olesna na czas zarazy, epidemia rozpoczęła się w lutym 1708 roku i trwała do grudnia tego samego roku, pochłaniając najwięcej ofiar w sierpniu, kiedy starosta generalny Śląska Opolskiego wydał nakaz o odcięciu Olesna od reszty świata, zrywając mosty, ustawiając zasieki, zamykając przejścia graniczne z Polską oraz otaczając całe miasto kordonem dragonów, którzy strzelali do każdego próbującego ucieczki. Jednakże około stu mieszczanom udało się zbiedz w pobliskie lasy i pola, chroniąc się tym sposobem przed niechybną śmiercią.
Podczas epidemii dżumy wymarli wszyscy duchowni z oleskiego konwentu augustianów, z wyjątkiem jednego O. Pankracego Istel , który udał się do chorego w Borkach Wielkich, a gdy powracał zastał miasto już zamknięte. Na czas epidemii ochotniczo i z narażeniem życia duszpasterstwo w parafii prowadzili O.O. Franciszkanie z konwentu w Namysłowie. Pozostali przy życiu oleśnianie powrócili do opustoszałego miasta i rozpoczęli grzebanie zmarłych na wspólnych cmentarzach, ponad którymi do dnia dzisiejszego wznoszą się krzyże; przy obecnej ul. Lublinieckiej, w dolince przy ul. Drzymały, przy ul. Grunwaldzkiej, na przeciwko basenu miejskiego oraz na skrzyżowaniu Wielkiego Przedmieścia z ul. Lubliniecką. Zarówno dawni, jak i nowoprzybyli mieszkańcy miasta postanowili dla ochrony przed podobnymi chorobami i jako wyraz wdzięczności wznieść kościół ku czci świętego Rocha. Za stosowne miejsce do dokonania tego przedsięwzięcia uznano pagórek znajdujący się na tzw. pustkowiu w pobliżu Grodziska. Budowę drewnianego kościółka wotywnego ukończono w 1710 roku, nie używając żadnych zaprzęgów konnych, a tylko cały materiał ręcznie na miejsce dostarczając.

W 1762 roku niedaleko kościółka św. Rocha miejsce ostatniego spoczynku znalazł pewien bogaty Turek, prawdopodobnie osobisty lekarz chana tatarskiego, który zmarł kiedy przechodził przez Olesno wraz z karawaną kupiecką powracającą z Berlina. Po okolicy krąży jeszcze legenda, dotycząca budowy kościoła św. Rocha, a wiąże się ona z kapliczką zawieszoną na suchej sośnie, usytuowanej przy drodze z Wysokiej na Grodzisko tzw. Zacisze. Otóż jak mówi legenda w miejscu obok sosny miał być pierwotnie wzniesiony kościół św. Rocha i tam też zgromadzono cały potrzebny materiał. Gdy następnego dnia robotnicy przyszli do pracy myśleli, że ktoś zrobił im żart, bowiem cały materiał znajdował się w innym miejscu, na odległym około 500 metrów pagórku. Poświęcając dużo czasu robotnicy przynieśli własnymi siłami materiał z powrotem, lecz następnego dnia sytuacja się powtórzyła zupełnie tak samo i wtedy uznano to za znak Boży. Kościółek wybudowano na pagórku, natomiast na stojącym w pobliżu drzewie zawieszono na pamiątkę kapliczkę, która wisi tam po dzień dzisiejszy.

Po zwiedzaniu zastanawialiśmy się, którą drogą wracać by jak najkrócej jechać ruchliwą 11-tką i wtedy pani od kluczy kazała nam jechać na Wysoką i skręcić w lewo na Zacisze, po drodze minęliśmy to dziwnie powykręcane drzewo z kapliczką gdzie miał być pierwotnie budowany kościół. Z polnych dróg wpadliśmy prosto na krajówkę iii komfort jazdy obniżył się diametralnie z powodu często śmigających obok dużych i małych samochodów. Na szczęście nie był to długi odcinek i  w Sowczycach znów skręciliśmy na boczne drogi, dotarliśmy najpierw do Borek Małych, potem Wielkich. Tu grupa się rozpadła – część pojechała pod kościół, część prosto do Pawełek, a spora grupa na obiad do starego młyna. Wybór dań był niewielki, a i czekać trzeba było długo bo obok była na sali jakaś większa impreza. Zamówiliśmy co tam było, jedni flaki, inni fasolkę po bretońsku, zapiekanki, a wiekszość napój złocisty. By sobie skrócić czas oczekiwania przedstawiciele klubów rozegrli bardzo emocjonujący mecz piłkarzyków - zakończony remisem. Po posiłku niektórzy poczuli taki przypływ energii, że pognali z prędkością wiatru i połowa grupy została w tyle, gubiąc się na zakręcie. W końcu wszyscy jakoś dotarli do schroniska i zaczęły się przygotowania do ogniska, potem wspólne śpiewy, pieczenie kiełbasek, żarty i dowcipy. No i nasza ulubiona piosenka, " To był świat..."w wersji polsko, śląsko, niemieckiej splątanej tak jak historia tych ziem,którą gitarzysta Marek śpiewa tylko raz na nasze usilne prośby. Gdy zrobiło się ciemno i zimno przenieśliśmy imprezę na salę, gdzie nastąpiła najpierw część oficjalna złożona z życzeń i podziękowań. "Catena" obchodziła swoje 55-lecie więc i my sie przyłączyliśmy i tu bardzo przydał się borowik znaleziony przez Januszka,  którego przywiązaliśmy do prezentu – bo jak wiadomo prezes klubu jest zapalonym grzybiarzem i zawsze prowadzi grupę nierowerową na grzyby. Po części oficjalnej przyszedł czas na poczęstunek, tańce i konkursy, do których bardzo solidnie jak zawsze  przygotował się Piotrek. Wybierał po dwóch przedstawicieli klubów do każdej konkurencji. Pierwsza to był wyścig w skrzyniach, startowało 8 osób, przeszłam do ścisłego finału i wygrałam, bo mój przeciwnik okazał się gentelmenem i wlazł do skrzynki, nakrył się drugą oddając mi pierwszeństwo walkowerem. Nie pozostało mi nic innego jak oddać mu nagrodę – tym bardziej, że dla mnie ona była mało atrakcyjna gdyż wielbicielem wody ognistej nie jestem, a zgodnie z tradycją i tak idzie ona zawsze na współny stół. Ale dyplom dostałam piękny. W drugim konkursie nasza drużyna /Janusz, Marzena, Sławek/ zdobyli II miejsce, a polegał na tym, że musieli iść do mety na wspólnych ogromnych nartach we trójkę, co wcale nie było łatywe. Ci co nie liczyli kroków padali jak muchy, ku uciesze reszty gawiedzi. W trzecim konkursie każdy uczestnik miał piłkę tenisową wrzuconą do rajtuz, a rajtuzy założone na głowę i machając tą trąbą słoniową musiał strącić trzy rozstawione na drodze do mety butelki wody mineralnej. Śmiechu przy tym było co niemiara, techniki walki z oporem materii przeróżne, a jeden szedł jak przeciag i był nie do pokonania, jakby się z tymi rajtuzami na głowie urodził. Konkursy były nagradzane stosownie do wagi zdobytego miejsca,  nagroda główna jak zwykle podzielna, a zabawa doskonała bo o to przecież chodziło. W międzyczasie odbywały się przerwy konsumpcyjne podnoszące stopień radości uczestników, tańce i  wspólne śpiewy dopóki zmęczone towarzystwo nie poszło spać grubo po północy.

1.10.2017 Niedziela – powrót do domu.

Wszystko co dobre szybko się kończy i nadeszła pora powrotów, a zgodnie z tradycją tego rajdu, każdy wraca tak jak przyjechał w podgrupach i różnymi trasami i o różnej porze. Z naszej grupy najwcześniej wystartował Herbercik, który spać nie może. Reszta zebrała sie na 9-tą by jak co roku pod przewodnictwem kolegi Heńka z Bielska ruszyć bocznymi drogami w stronę Lublińca, a potem na Krupski Młyn. Tu zawsze zajeżdżamy na zabytkowy mostek by nakarmić kaczki, zrobić pożegnalne fotki, zobaczyć kto się zakochał i powiesił nową kłódkę, a kto próbował odpiłować bo się już był odkochał. Tu nas pożegnał Sławek i zawrócił rowerkiem po samochód, który został w Pawełkach i niestety sam wrócić do Opola nie chciał. Na parkingu odłączył się Heniek z kolegą i pojechali w stronę Śląska, a ja przejęłam prowadzenie i pojechaliśmy na Zawadzkie, a potem lasem w okolice zameczku Goeringa. No i gdy wjechaliśmy do lasu nie udało się wyjechać bez grzybów. Na pierwszym postoju przy głównej drodze nie bylo ich zbyt wiele i musieliśmy odbić w lewo głębiej w las. I tam trafił nam się urodzaj, a ja znalazłam ogromnego prawdziwka – zostając królową grzybobrania. Jacuś początkowo latał to tu to tam i nie mógł się zdecydować, ale jak trafił na swoje miejsce to nie mogliśmy z lasu go wyciągnąc, znów musiał nas gonić, myląc drogę nie wiadomo jak znalazł się w Staniszczach po drugiej stronie torów. Dalej już w komplecie pojechaliśmy żółtym szlakiem przez las i tu Jacuś znowu napędził nam stracha wpadając nie wiedzieć dlaczego do rowu. To chyba z powodu styropianowej diety, którą w trasie uskutecznia. Gdy sie pozbierał ruszyliśmy powoli na Dębską Kuźnię do Chrząstowic – Jacuś oczywiście musiał kawałek się wracać, bo jak się wyrwał na prowadzenie to pojechał na Daniec – głód jest chyba złym doradcą. Ale w Chrząstowicach trafilliśmy na dożynki i sie dożywiliśmy, chłopaki żurkiem, dziewczyny ciastem, a wszyscy chlebem ze smalcem. Jacuś porzucił swoją dietę i wrąbał talerz chlebka i ogórków – bo z darma było. Posileni obejrzeliśmy jeszcze występy pszczółek i żółwików w wersji tanecznej i pojechaliśmy do domu. Ja i Janusz  byliśmy koło  17.30 , Jacuś z Marzeną o wiele później bo musieli pojechać na drugi koniec miasta. W sumie przez te trzy dni zrobiliśmy 230 km i świetnie się bawiliśmy, a był to najbardziej słoneczny weekend tej jesieni póki co.

 

Ostatnio zmieniany czwartek, 19 październik 2017 19:12

Więcej w tej kategorii:

Kalendarz

Odwiedzający

Odwiedza nas 531 gości oraz 0 użytkowników.

Początek strony

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą polityką prywatności.

Zgadzam się na używanie plików cookies na tej stronie