2018-09-25 Pierwsza zimowa wycieczka

W piątek lato , w sobotę powitanie jesieni, w niedzielę…

2018-10-05:07 Powitanie jesieni w Pawełkach

Piątek 5.10.2018 – pierwszy dzień rajdu. Zastanawiałam się, który raz…

2018-09-30 Krapkowice - Święto Dyni

Lato skończyło się tak nagle jak się zaczęło i trudno…

2018-05-01 - 06 Majówka w Jesenikach

Wyruszyliśmy ode mnie o godzinie 8:30 w składzie ja, Grażyna,…

Niedzielne wycieczki

Co tydzień w niedziele organizujemy wycieczki. Startujemy o godzinie 9,…

2018-10-05:07 Powitanie jesieni w Pawełkach Wyróżniony

Piątek 5.10.2018 – pierwszy dzień rajdu. Zastanawiałam się, który raz już byliśmy w Pawełkach i nie potrafiłam tego dokładnie określić, ale wiem, że zawsze się tam dobrze bawimy i chętnych na ten wyjazd wciąż przybywa. Tym razem było nas tam aż 11 rajdersów. Ale jak zwykle nie pojechaliśmy wszyscy razem tylko w podgrupach – jak tam komu pasowało.

Marek miał urlop, więc wybrał się już rano pociągiem na Śląsk i tam trochę się poszwendał, pozwiedzał Gliwice i Zabrze i do Pawełek przyjechał późnym wieczorem. Bercik, Jacek i Pan Tadeusz pojechali koło południa, Grzesiek R. też, ale własnymi ścieżkami. Sławek z Alicją jechali samochodem przez Częstochowę z rowerami na dachu i naszymi bagażami. Marzena z Grześkiem wyruszyli po pracy, a ja wyjechałam z Maciejem o 14.30. Teoretycznie czasu mieliśmy sporo by dotrzeć przed zmrokiem, ale jak się okazało jestem wyjątkowo pechowa w dobieraniu sobie towarzyszy podróży do Pawełek. W zeszłym roku gumę złapał Pan Tadeusz, a na CPN-ie dopompowaliśmy mu oponę, aż do wystrzału i odesłaliśmy go busem do domu. Tym razem podobną przygodę miał Maciej, chociaż początkowo nic na to nie wskazywało, a i zakończenie nieco inny przebieg miało. Z Opola pojechaliśmy bocznymi drogami przez Suchy Bór, Chrząstowice, na czarny szlak do Dębskiej Kuźni, potem przeskoczyliśmy na żółty do Krzyżowej Doliny. I tu się okazało, że mamy awarię – przetarta opona i flak. Była 16-ta, do sklepu rowerowego w Ozimku jakieś 5 km, a do zamknięcia godzina. Maciej wziął mój rower i pognał, a ja pilnowałam jego bagaży, bo okoliczne kundle już się zaczęły nimi mocno interesować. Wrócił po godzinie, jeszcze pół godziny zajęła mu zmiana opony i dętki, zanim w końcu ruszyliśmy dalej. Zrobiło się już trochę późno i trzeba było podkręcić tempo. Pojechaliśmy przez Krasiejów, Staniszcze Małe do Myśliny. Przemknęliśmy przez Dobrodzień, zapaliliśmy światła, bo już się ciemno i zimno zrobiło. Skręciliśmy na Ciasną i do Pawełek dojechaliśmy około 20-tej, a ja zmarzłam po drodze i złapałam katar /ciepłe ciuchy nadałam na bagaż do Sławka, bo przecież mieliśmy dotrzeć na miejsce dużo wcześniej/. Zdążyliśmy akurat na wieczorną odprawę, zjedliśmy kolację, zakwaterowaliśmy się, pogadaliśmy z dawno nie widzianymi "cateńczykami" , potańczyliśmy trochę i poszliśmy spać. Sobota 6.10.2018 – drugi dzień rajdu. Wyjazd ogłoszono o 9.30 a celem było Olesno i unikatowy kościółek św. Anny, który w tym roku obchodzi 500- lecie. Prowadził jak zawsze Ryszard z Cateny, bocznymi drogami przez Molną, Wędzinę, Borki Wielkie – gdzie po drodze wstąpiliśmy do kościoła, a potem przez Borki Małe dojechaliśmy do rozkopanego Olesna. Z trudem przedarliśmy się przez roboty drogowe i zajechaliśmy pod naszą ulubioną cukiernię koło fontanny. Niestety w tym roku była zamknięta, więc zawróciliśmy na lody do rynku. Po krótkiej przerwie udaliśmy się na cmentarz pod pomnik powstańców śląskich, zobaczyliśmy groby żołnierzy różnych krajów Europy z czasów pierwszej wojny światowej i pomnik lotników zestrzelonych w czasie drugiej wojny. Dalej ścieżką rowerową dotarliśmy do drewnianego kościółka, gdzie podczas zwiedzania wysłuchaliśmy z "samograja" jego historii i związanych z nim legend. Szczegółowo opisywałam je w zeszłorocznej relacji. Z tego kościoła pojechaliśmy do następnego w miejscowości Grodzisko. Poczekaliśmy z pół godziny i tak jak w zeszłym roku przyjechała dobra kobieta i nam go otworzyła wpuszczając do środka. Historii nie znała, więc wspólnie ze Sławkiem ją w skrócie opowiedzieliśmy. Pojechaliśmy dalej do Sowczyc, oglądając po drodze sosnę z kapliczką, gdzie początkowo wg legendy miał być budowany kościół. W Sowczycach skręciliśmy w lewo i mieliśmy jechać do Borek, ale zwolennicy GPS-ów pociągnęli nas na „skróty” polnymi, leśnymi i trawiastymi drogami, które czasem kończyły się w polu lub na łące. Nastąpiło ogólne rozprzężenie – już nie było wiadomo, kto właściwie prowadzi. Rozbiliśmy się na 3 grupy, każda pognała w inną stronę /w prawo, lewo i prosto/ ale w sumie wyjechaliśmy wszyscy na właściwą drogę, tyle że jedni mieli piach inni żwirek, a trzeci okrężny asfalcik – zależnie od upodobania. Na dodatek cały dzień koszmarnie wiało, co nie ułatwiało nam jazdy w drodze powrotnej. W schronisku byliśmy około 17-tej, a ja z chłopakami z Wagabundy pojechałam na pobliskie łowisko na cieplutkiego wędzonego pstrąga. I tu mieliśmy przykrą przygodę, bo na wystających z ławki śrubach podarliśmy spodnie. Po konsumpcji wróciliśmy do schroniska przygotować się na wieczorna imprezę. Najpierw zebraliśmy się by upiec kiełbasy i pośpiewać przy ognisku. W tym roku Mareczek z Cateny dostał wsparcie od naszego gitarzysty Grześka i lecieliśmy na 2 gitary i kilkanaście gardeł, a moje do dziś odczuwa skutki tego śpiewania, wiatru i chłodu. Gdy zrobiło się już całkiem zimno, ok. 10-tej, przenieśliśmy się na salę, gdzie kobiety przygotowały ciasto, a panowie napoje. Odbyły się oficjalne przemówienia i podziękowania, wręczyliśmy sobie prezenty od klubu dla klubu, a potem zaczęła się integracja przy stołach i na parkiecie. W przerwach Piotr przeprowadził kilka konkursów sprawnościowych ku uciesze wszystkich zgromadzonych. Pierwszy był zespołowy i składał się z kilku kolejno następujących po sobie konkurencji. Nasz klub reprezentowali Marzena, Sławek i Jacuś. Najpierw układali logo Cateny, potem w trójkę przemierzali salę na wielkich nartach, następnie Jacek z Marzeną skakali w workach, a na koniec Marzena przemierzała salę przesuwając skrzynki. Było przy tym sporo radości, dobrej zabawy i wielkich emocj – zdobyli 2 m-ce i puchar. Takie samo miejsce wywalczył dla nas Maciej w kombinowanej konkurencji z kartami i zestawem podchwytliwych pytań. Impreza taneczno-dyskusyjna skończyła się późno w nocy. Niedziela – 7.10.2018 dzień powrotu. Ale nie dla wszystkich, bo Marek swoim zwyczajem chciał jeszcze pozwiedzać okolicę (Wieluń, Częstochowa, Namysłów) i został na jeszcze jedną noc. Bercik wyrwał do domu jak zawsze już przed 8-mą. Grzesiek R. miał jechać z nami, ale w ostatniej chwili zrezygnował i wybrał samotną podróż. Do nas dołączył gitarzysta Marek i pojechaliśmy do Kochcic pokazać pałac, tym co go jeszcze nie widzieli, a potem do Lublińca. Nasz Marek polecał nam zobaczyć pałac, drugi Marek – Muzeum Edyty Stein, ja zaprowadziłam ich jeszcze pod drewniany kościółek, Sławek na rynek i pod pomnik przy jednostce komandosów, tak, że tym razem zwiedziliśmy to miasto dokładniej. Na koniec pognaliśmy trasą zająca na Kokotek, który zawsze chcieliśmy zobaczyć, a nigdy nie starczało nam czasu. Tam ma swoją siedzibę Niniwa, której przedstawiciele bardzo ciekawie kiedyś opowiadali nam o swoich dalekich wyprawach rowerowych. Z jednej strony jezioro jest dość płytkie i zarośnięte, ale obok ośrodka Niniwy jest całkiem ładnie, choć przypomina czasy PRL-u. Po krótkiej przerwie i kilku fotkach pojechaliśmy dalej lasem do Krupskiego Młyna, pohuśtać się na naszym moście linowym, przeprawiliśmy się mostkiem przez Małą Panew i pojechaliśmy dalej zjeść drugie śniadanie na leśnym parkingu. Tutaj pożegnał się z nami Sławek i zawrócił po auto do Pawełek, a my pojechaliśmy dalej przez Kielczę i Rzędowice do Zawadzkiego. Przemknęliśmy przez miasteczko z prędkością światła i ruszyliśmy leśną drogą w kierunku pałacyku w meandrach Małej Panwi. Po chwili postoju jechaliśmy dalej przez Staniszcze Wlk., Małe, gdzie spotkaliśmy Cześka Pirata, a Jacuś się wykąpał, a raczej wymoczył w rzeczce. Po kąpieli pojechaliśmy żółtym szlakiem przez Krzyżową Dolinę i przypadkiem trafiliśmy do Dańca na dożynki. Tu ogromne i miłe zaskoczenie, poczęstowano nas nie tylko kołaczem, ale i pieczonym prosiakiem. Szybko zadzwoniłam po Sławka, żeby wbijał na poczęstunek, akurat był w okolicach Ozimka, więc w miarę szybko dojechał. Wysłuchaliśmy jeszcze koncertu miejscowej orkiestry dętej i pojechaliśmy do domu, bo zrobiło się już dość późno. Z Dańca poprowadziłam dalej żółtym szlakiem koło Madejowej kamionki w Falmirowicach, potem na Suchy Bór i Kolonię Gosławicką, dotarliśmy do Opola już po ciemku koło 19-tej. W sumie zrobiliśmy ponad 250 km w te 3 dni rajdowe, a Marek prawie 340.

Kalendarz

Odwiedzający

Odwiedza nas 465 gości oraz 0 użytkowników.

Początek strony

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą polityką prywatności.

Zgadzam się na używanie plików cookies na tej stronie