2018-09-25 Pierwsza zimowa wycieczka

W piątek lato , w sobotę powitanie jesieni, w niedzielę…

2018-10-05:07 Powitanie jesieni w Pawełkach

Piątek 5.10.2018 – pierwszy dzień rajdu. Zastanawiałam się, który raz…

2018-09-30 Krapkowice - Święto Dyni

Lato skończyło się tak nagle jak się zaczęło i trudno…

2018-05-01 - 06 Majówka w Jesenikach

Wyruszyliśmy ode mnie o godzinie 8:30 w składzie ja, Grażyna,…

Niedzielne wycieczki

Co tydzień w niedziele organizujemy wycieczki. Startujemy o godzinie 9,…

2018-10-21 Krótka wycieczka w koło komina ....

Niedzielny poranek był mglisty, zimny i na zbiórce spotkało się nas niewielu, a pojechało jeszcze mniej, bo tylko 4-ka. Nie było wiadomo czy się rozpada czy nie, gdzie jechać by w razie czego szybko wrócić i nie zmoknąć. Sławek chciał zobaczyć jak idą prace przy nowym kawałku ścieżki rowerowej koło Lelka na Sławicach, to pojechaliśmy tam razem z nim. Po drodze trafiliśmy na trzy porzucone miejskie rowery i Sławek po raz kolejny zadzwonił tam gdzie trzeba, bo to ostatnimi czasy ulubione jego zajęcie.

Gdy spełniliśmy obywatelski obowiązek bez przeszkód dotarliśmy do budowanej ścieżki, Sławek zrobił jej zdjęcia, a ja Sławkowi, jak po niej jedzie. Dalej pojechaliśmy przez Żelazną do Niewodnik,  gdzie obejrzeliśmy opuszczony pałac, użalając się nad jego smutnym losem. Kazimierz poprowadził nas całkiem ładnym asfalcikiem do śluzy łączącej Niewodniki z Dobrzeniem. I tu spotkała nas miła niespodzianka – ogromne pole słoneczników, pomiędzy którymi odkryliśmy zielony i całkiem smaczny groszek.  Z wielkim zadowoleniem połączyliśmy walory smakowe z widokowymi, groszek był zjadliwy, a słoneczniki przepiękne i takie nietypowe bo wielokwiatowe. Nie mogłam oprzeć się ich urodzie i zerwałam jednego, Kazimierz też, ja wpakowałam go do sakwy łebkiem w górę, a on odwrotnie bo w dół. Jechaliśmy dalej dyskutując po drodze, który sposób transportu jest lepszy. Mój słonecznik ma się nadal dobrze i cieszy me oczy swoim widokiem już kilka dni, nie wiem jak u Kazimierza. Niedaleko śluzy trafiliśmy na opuszczony ogród, gdzie wypatrzyliśmy starą gruszę, a pod nią masę leżących owoców. Ulitowaliśmy się nad marnującymi się darami natury i wypełniliśmy sakwy po brzegi i zrobiliśmy krótką przerwę śniadaniową. W międzyczasie dokonaliśmy ze Sławkiem małego handlu zamiennego – śliczne odblaskowe skarpetki – za kanapkę i batonik. Kazimierz bardzo mi pozazdrościł mi tej wymiany i żałował, że nie ma kanapek na zbyciu. Po udanej transakcji pojechaliśmy na śluzę, przeprawiliśmy się na drugą stronę Odry, co nie było wcale takie proste, ponieważ schody były strome, a sakwy pełne gruszek obciążały rowery, utrudniając manewry. Ale daliśmy radę pomagając sobie wzajemnie. Panowie w czasie przeprawy nie omieszkali obejrzeć i omówić mijanych cudów techniki na śluzie, wypatrzyli nawet resztki jakiejś iglicowej zapory. Ale prawdziwa gratka to trafiła im się w dalszej części wycieczki – stara zapora wodna w środku pola, której wrota podnosiły się niegdyś na łańcuchach. Prawdopodobnie była kiedyś potrzebna w starorzeczu Odry, czy Małej Panwi, trudno powiedzieć, a spytać nie było kogo. Czas był dobry, słońce przegoniło mgły, więc postanowiliśmy się jeszcze trochę poszwendać po okolicy polnymi drogami, tam gdzie jeszcze nigdy nie byliśmy, a motywem przewodnim były nowe pięknie wymalowane chłodnie kominowe naszej elektrowni. Początkowo dobrze nam szło, ale potem było już tylko gorzej, szczególnie "poziomkom", aż w końcu utknęliśmy nad rzeką, a po moście zostały tylko przyczółki i musieliśmy zawrócić.  W oddali zobaczyliśmy coś w rodzaju grodziska i postanowiliśmy zobaczyć to z bliska i trafiliśmy na jakiś zabunkrowany tor krosowców. Ja fociłam, panowie oglądali bunkry, snując rozmaite teorie dotyczące ich pochodzenia, a po drodze spotkaliśmy ich jeszcze kilka. Gdy wróciliśmy już w pobliże cywilizacji pojechaliśmy dalej ścieżką rowerową wzdłuż Odry, aż do Czarnowąs. Po drodze odkryliśmy nieznany nam dotąd jej fragment i zadowoleni, że nam tak dobrze idzie, a po chwili znów utknęliśmy z lekka w polach obok nowej obwodnicy. Ale jakoś udało nam się pokonać i ten odcinek, jedni górą, drudzy dołem, jak komu było wygodniej. Sławek został tam gdzieś po drodze, bo zemściły się na nim twarde gruszki i odkrył następne bunkry. My pojechaliśmy dalej przez Krzanowice i rozstaliśmy się za skrzyżowaniem z obwodnicą w Kępie. Do domu wróciliśmy koło 14-tej, robiąc niewiele ponad 40 km, ale to i tak więcej niż ci, którzy w domu zostali, a ile ciekawych rzeczy po drodze widzieliśmy ....

 

 

Kalendarz

Odwiedzający

Odwiedza nas 407 gości oraz 0 użytkowników.

Początek strony

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą polityką prywatności.

Zgadzam się na używanie plików cookies na tej stronie