Wydrukuj tę stronę

2016-10-23 Rezerwat "Boże oko" przez szprychy roweru

W niedzielę na zbiórce stawiło się 10 osób, ale w trasę pojechaliśmy w siódemkę - reszta wpadła tylko listę podpisać. O tej porze roku najpiękniejszym miejscem w naszej okolicy jest rezerwat "Boże oko". I tam też mieliśmy zamiar pojechać / niektórzy próbowali już tydzień wcześniej, ale dojechali tylko do Kamienia Śl. i zawrócili/. To dość daleka trasa i dziś był ostatni dzwonek by zdążyć przed zmianą czasu na zimowy i nacieszyć oczy urodą rezerwatu w jesiennej szacie, zanim mróz zetnie liście.

Pojechaliśmy przez Królewska Wieś i Groszowice na Przywory, zdecydowaliśmy, że pojedziemy asfaltami, bo w nocy padało. No ale nie wszystkim ta propozycja odpowiadała, bo jak wiadomo są wśród nas wielbiciele błotka i szutrowych dróg, którym przewodzi Jacuś. Zabrał więc ze sobą Piotrka i Radka i pojechali okrężną drogą po nadodrzańskich wałach i dogonili nas za Przyworami, zasapani, ale szcześliwi i pięknie ubłoceni. Bo jak wiadomo nie wszystkie "górale" mają błotniki, a Jacuś właśnie kupił sobie nowy rowerek i był jak dla niego zbyt czysty. Dalej pojechaliśmy już w komplecie, aż do Miedziannej, i tu znów sekcja rowerów górskich zerwała się szybciej bo im nasze spacerowe tempo nie odpowiadało. Spotkaliśmy się w Kamieniu Śl. w parku za pałacem, przy basenach z zimną wodą, gdzie Jacuś postanowił się zamoczyć, ale czekał na widownię, by miał kto posłuchać jego krzyków. Ja postanowiłam to wszystko sfotografować, ale Jacuś biegał tak szybko w tej zimnej wodzie, a potem po trawie, że ledwo mogłam z aparatem za nim nadążyć. Inni w miedzyczasie zjedli drugie śniadanie i pojechaliśmy w piątkę obejrzeć pole golfowe, bo Olek i Bercik na poziomkach nie chcieli się tam pchać, nie wierząc Jacusiowi, że są tam śliczne szutrowe i suche dróżki. No i mieli rację, bo było raczej błotniście. Ale trzeba przyznać, że warto było bo miejsce piękne - górki i pagórki porośnięte zieloniutką trawką malutką, z dołkami i chrągiewkami, jeziorkiem i mostkami. Zrobiliśmy tam trochę fotek i pojechaliśmy dalej w stronę lotniska, a potem baaardzo błotnistą drogą na Siedlec i Sprzęcice. Tu znowu sekcja "górali" pognała szutrami okrężną drogą, by się z nami spotkać na czereśniowej aleji. My pojechaliśmy tą aleją w stronę Wysokiej, a " górale" znów na około przez Kalinowice. Spotkaliśmy się na krzyżówce i pojechaliśmy dalej przez Kadłubiec i Dolną. Tu Bercik poprowadził nas nową bardzo malowniczą ścieżką rowerową na Czarnocin. Widoki były bardzo ładne, górki, dołki, więc przystanelismy kilka razy by to obfocić. Wyjechaliśmy w środku wsi, ktorą zawsze mijaliśmy bokiem odwiedzając rezerwat i nawet nie wiedzieliśmy,że jest tak ładna i duża. Zjechaliśmy z górki na pazurki, prosto na miejsce postojowe przy naszej ulubionej jabłonce. Ale w tym roku niestety jabłka rosły tak wysoko i tak mocno się jeszcze gałęzi trzymały, że mimo naszych wspólnych wysiłków trudno było je strącić, Jacuś się nawet poświęcił i na drzewo wszedł, ale nic to nie dało. Ja znalazłam długi patyk i kilka sobie strąciłam, a ze dwa wyłowić musiałam ze strumyka. Gdy ja atakowałam jabłonkę, panowie poszli pod górkę do kapliczki, gdy do nich dołączyłam zrobiliśmy zdjęcia i pojechaliśmy dalej, by zrobić panoramę okolicy. Tym razem przez szprychy roweru, zgodnie z ulubionym powiedzonkiem naszego prezesa. Było przy tym wiele śmiechu i radości, bo Jacuś z pełnym poświęceniem kładł sie na ziemię, wskakiwal w pole, wspinał się na górki, by jak najlepiej oddać piękno krajobrazu, a rower Janusza nawet stanął dęba. Potem zjechaliśmy krętymi dróżkami i wąwozami do Lichyni, co nasz klubowy fotograf Jacuś pięknie utrwalił, dla potomnch. Z Lichyni pojechalismy przez Leśnicę do Zdzieszowic pod market Polo, kupiliśmy trochę jedzenia i picia by uzupełnić zapasy w sakwach i żołądkach. Posiliwszy się nieco pojechaliśmy dalej i Bercik poprowadził nas przez Rozwadze na Gogolin, gubiąc po drodze Piotrka i Radka, którzy wyrwali się do przodu i nie mogliśmy ich już się dowołać. Ja dla odmiany zgubiłam z takim trudem zdobyte jabłka i musiałam po nie zawracać i zbierać po asfalcie. Z Gogolina pojechaliśmy na Górażdże odwiedzić Freda i Barneja, porobić sobie zdjęcia w ich pojeździe, który stracił dach i zrobił się cabrio od czasu gdy go ostatnio oglądaliśmy. Stamtąd pojechaliśmy na Chorulę, Kąty Opolskie i Przywory, gdzie odłączył się Olek, a później w Grotowicach Herbercik i Jacek, który pojechał swoją ulubioną drogą, polami i wałami. Ja z Januszem pojechałam przez dalej przez Groszowice i Królewską Wieś do domu bo już była 17- ta na zegarku, a 103 km na liczniku.

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą polityką prywatności.

Zgadzam się na używanie plików cookies na tej stronie