2018-09-25 Pierwsza zimowa wycieczka

W piątek lato , w sobotę powitanie jesieni, w niedzielę…

2018-10-05:07 Powitanie jesieni w Pawełkach

Piątek 5.10.2018 – pierwszy dzień rajdu. Zastanawiałam się, który raz…

2018-09-30 Krapkowice - Święto Dyni

Lato skończyło się tak nagle jak się zaczęło i trudno…

2018-05-01 - 06 Majówka w Jesenikach

Wyruszyliśmy ode mnie o godzinie 8:30 w składzie ja, Grażyna,…

Niedzielne wycieczki

Co tydzień w niedziele organizujemy wycieczki. Startujemy o godzinie 9,…

2021-08-02-11 Letnia wyprawa w okolice Lublina – dzień 7 i 8

8.08.2021 Dzień siódmy Biłgoraj – Sandomierz.

Wyjechaliśmy jak zwykle o 8.30 najpierw green velo pięknymi trasami – asfalcik i las, trochę nas po drodze pokropiło. Noga po nocnych zimnych okładach, maściach i tabletkach bolała trochę mniej więc dawałam rade dalej kręcić, choć łatwo nie było. W Jarocinie odbiliśmy z green velo, by skrócić trasę. Przerwę śniadaniową zrobiliśmy sobie w klimatycznym „Ogrodzie leśnym” w Pysznicy. Stamtąd wyjechaliśmy na krajówkę, mieliśmy skręcić na boczne drogi w Zdziarach, ale są tam przebudowy i mieliśmy kłopot jak się wydostać. Kazimierz z Marzeną poszli pytać ludzi o drogę, a oni kazali nam jechać zrobionym, ale nieczynnym wiaduktem, tunelami i stanęliśmy nad przekopem gdzie trzeba było przenosić rowery. Panowie nam dzielnie pomagali, ale roweru Marzeny nikt nie chciał targać – taki ciężki. Zastanawialiśmy się co ona tam wozi i jak daje radę tak szybko kręcić z tym balastem. Ale to tylko jej tajemnica - nie przyznała się do końca, po co codziennie tak nurkuje w tych ogromnych sakwach. Po przeprawie kawałek jechaliśmy znów krajówką, a potem zjechaliśmy na boczna drogę i przez Krzaki, Słomiane i Brandwizę znowu wyjechaliśmy na drogę krajową nr 77 w okolicach Stalowej Woli. Tu już bokiem biegła ścieżka rowerowa aż do samego Sandomierza. Zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przed miastem by obejrzeć ciekawy kościół, a potem w zajeździe „U Juranda” gdzie zjedliśmy pyszną zupę grzybową z cieplutkimi bułeczkami o wdzięcznej nazwie - maczanka. Stwierdziliśmy jednogłośnie, że to był najlepszy obiad w trakcie całej wyprawy i wcale nas nie zrujnował. Zadowoleni ruszyliśmy na zwiedzanie miasta i tu przykra niespodzianka - podczas postoju w zajeździe nie wiadomo jak złapałam gumę. Trzeba było zrzucić sakwy, obrócić rower, panowie sprawnie wymienili dętkę. W fontannie sprawdziliśmy gdzie jest dziura i okazało się puściła łatka na dętce. Stąd nauka jest dla żuka, że w taką trasę na łatanych dętkach się nie rusza. Ale skąd kobiety mają wiedzieć co tam siedzi pod oponą, jeśli same tego nie robią, bo miłych kolegów mają. Ale na zamek już niestety nie zdążyliśmy. Pojechaliśmy przez piękny długi most na drugą stronę Wisły, trafiliśmy na green velo, które poprowadziło nas do centrum miasta, które na moje nieszczęście jest położone na wzgórzach i wszędzie mieliśmy pod górkę. Do najstarszego w mieście kościoła św. Jakuba pchaliśmy rowery bo droga wąska i brukowana. Obejrzeliśmy wnętrze, kryptę, obeszliśmy wkoło podziwiając pobliska winnicę. Zjechaliśmy na rynek, obejrzeliśmy ratusz, ale że była niedziela to turystów tłumy nas przerażały i szybko uciekaliśmy w stronę miejscowości Milczany oddalonej jakieś 5 km od Sandomierza, gdzie mieliśmy nocleg w pensjonacie „Mariano”. Dostaliśmy dwa pokoje z kuchnią i łazienką w całkiem przyzwoitej cenie. W tym dniu wykręciłam mimo bolącej i zmieniającej wciąż kolory mojej nogi 100 km.

Koszty:
nocleg 40 zł
obiad 20 zł
zakupy 15 zł
-----------
75 zł

9.08.2021 Dzień ósmy Sandomierz - Baranów Sandomierski.

Rankiem o 8.30 udaliśmy się na zwiedzanie Sandomierza, w poniedziałek było cicho i spokojnie. Obejrzeliśmy rynek, po którym szusuje na rowerku Ojciec Mateusz, kamieniczki, studnię. Zaliczyliśmy informację turystyczną w poszukiwaniu map i udaliśmy się na zwiedzanie podziemnej trasy piwnic pod miastem. Tym razem nam się podobało, gdyż była bardziej naturalna, chociaż odnawiana i zabezpieczana w latach 70-tych przez górnośląskich górników. Na przestrzeni wieków podmiejskie piwnice kilkakrotnie się zapadały pod naporem kamienic, więc zostały częściowo zasypane i konieczna była ich modernizacja, a w obecnej chwili to dla turystów spora atrakcja. Wędrowaliśmy krętymi korytarzami w górę i w dół schodkami bo piwnice usytuowane są na różnych poziomach, a w niektórych znajdują się wystawy czasowe i sprzęty górnicze pozostawione tam na pamiątkę przez restaurujących podziemia górników. Gdy wyszliśmy spod ziemi udaliśmy się na zwiedzanie katedry i dziedzińca zamkowego bo zamek niestety otwierali o 13, a my musieliśmy jechać dalej bo chcieliśmy zwiedzić pałac w Baranowie - perełkę architektoniczną - zwany małym Wawelem. Pod zamkiem znaleźliśmy green velo, chwilę nią jechaliśmy przez Koćmierzów i Ostrołękę, potem ścieżka odjeżdżała na Ujazd, a my na Ciszynę. Trasa przepiękna wzdłuż wałów wiślanych, między ciągnącymi się kilometrami sadami wiśni, jabłoni, moreli i orzechów. Trochę się tam poplątaliśmy bo wszystkie drogi wyglądają tam jak ścieżki rowerowe i trudno wyczuć, która główna. Ale życzliwi ludzie wskazali nam właściwą drogę i poczęstowali świeżo zerwanymi jabłkami – były pyszne. Ale ku przestrodze dodam, że nie warto ich samemu zrywać choć kuszą jak Ewę w raju, gdyż są pryskane po każdym deszczu nawet kilka razy w tygodniu. Tą tajemnicę zdradził nam dawny miejscowy hodowca, który zrezygnował z uprawy bo ceny jabłek są mało dla nich atrakcyjne – 30 gr za kilogram przemysłowych, a 1,20 tych co my kupujemy w sklepie za... dodajcie sobie sami ile zarabiają pośrednicy. Tą piękną droga dotarliśmy do Kępy Nagajewskiej i musieliśmy wskoczyć na krajówkę by przez most na Wiśle przedostać się do bocznej drogi na Baranów Sandomierski. Dojechaliśmy pod pałac, a że zwiedzanie jest tylko z przewodnikiem o pełnych godzinach, więc mieliśmy trochę czasu by poszwendać się po okalającym go parku. Najładniejszy jest wewnętrzny dziedziniec z krużgankami, faktycznie przypomina Wawel, a trochę nasz zamek w Brzegu. Wewnątrz meble i obrazy to kopie, ale całkiem ładne, a w przyziemiu bogate zbiory broni, zbroje, porcelana z pobliskiego Ćmielowa i ogromna łódź drewniana, jakimi dawniej pływano po Wiśle. Był też ogromny kieł, ale nie podpisany, więc nie wiemy czyj - obstawialiśmy , że mamuta bo tak wyglądał. Po zwiedzaniu zgłodnieliśmy, ale nie za bardzo było gdzie, miejscowi polecili nam pizzerie przy CPN-ie za miastem. Cóż było robić, pojechaliśmy bo wyboru nie było, ale nie było źle chłopaki zjedli pizze, ja zestaw polecany przez kelnera, a Marzena sałatkę. Posileni udaliśmy się na poszukiwanie noclegu w PTSM. Fajne warunki, duża sala, łazienki, prysznice i bardzo miła pani, która jak mogła starła się mi pomóc przynosząc różne środki ze szkolnej apteczki. W tym dniu zrobiliśmy tylko 49 km.

Koszty:
podziemia Sandomierza 20 zł
pałac Baranów San. 25 zł
nocleg 20 zł
obiad 25 zł
zakupy 25 zł.
----------
115 zł + 50 zł apteka

Kalendarz

Odwiedzający

Odwiedza nas 126 gości oraz 0 użytkowników.

Początek strony

Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Aby dowiedzieć się więcej zapoznaj się z naszą polityką prywatności.

Zgadzam się na używanie plików cookies na tej stronie